wtorek, 26 stycznia 2016

Zielone, czerwone... a tam, co za różnica?

O tym, że na rosyjskich drogach teoria z praktyką się rozmijają szerokim łukiem, słyszał chyba każdy. Ten wątek jest stałym elementem w książkach ludzi, którzy podróżują do Rosji, jedni nazywają to prawem dżungli, inni jeszcze inaczej. Potwierdzam pogłoski, a że samochodu ani prawa jazdy nie posiadam, uchylę rąbka tajemnicy jako ta, co chodzi piechotą, czyli rzecz będzie o przejściach dla pieszych.

Niby banał, bo co można napisać o przejściach dla pieszych. Sygnalizacja świetlna albo jest, albo nie, w pierwszym przypadku czekasz na zielone i przechodzisz, w drugim czekasz, aż cię ktoś przepuści, i przechodzisz, albo wtedy, kiedy będzie pusto. I ja tych zasad się trzymam, ale za każdym razem czuję się, jakbym była z innej planety, bo mieszkańcy Moskwy zachowują się na przejściach zupełnie inaczej. O co chodzi? O to, że przechodzą na czerwonym. Innym tak bardzo się spieszy, że na 10 sekund przed zapaleniem się zielonego są już w połowie ulicy, dryfując pomiędzy jadącymi maszynami. Tutejsi ignorują czerwone światło.

Dla mnie ekstremalnym przeżyciem jest zawsze przechodzenie w poprzek przez skrzyżowanie, z czterech stron kolumny samochodów, które lada moment ruszą, dzieje się to zawsze, kiedy idę gdzieś z Mężem. Próbowałam z tym walczyć i przechodzić dwa razy, najpierw jedne pasy, potem drugie, ale ten jest pewien swojego, bo przecież samochody stoją, droga wolna, po co sobie utrudniać życie. Truchtam więc te kilkadziesiąt metrów, żeby czym prędzej zniknąć z szosy, którą zaraz będą pędzić samochody. Jak chodzę sama, to nigdy tak nie robię.

Piesi ignorują czerwone światło, kierowcy zielone. Ileż razy przepuszczałam najpierw samochód, kiedy zapalało się dla mnie zielone, kilkakrotnie byłam świadkiem, jak starsze panie wymachiwały pięścią na niegrzecznych kierowców, krzycząc "swołocz!". Chociaż taka moralna kara im się dostanie, bo mandat raczej ciężko zarobić. Kiedyś jakiś kierowca złamał prawo na ulicy, akurat jechała policja, więc zatrzymałam się, czekając na sensację, ale wóz pojechał sobie dalej, nic nie widząc, a może nie chcąc widzieć.

Akurat dzisiaj miałam małą przygodę w tym temacie. Idę sobie chodnikiem, zatrzymuję się na pasach i czekam po staremu na zielone. Inni przechodzą sobie, ignorując światło, co tym bardziej utwierdza mnie w moim postanowieniu, że ja poczekam na zielone, nigdzie mi się nie spieszy. Przed pasami staje marszrutka. Stoję cierpliwie i czekam na światło, spoglądając na pojazd. Za kierownicą Tadżyki, ci sami cisi imigranci, o których pisałam. Facet pokazuje mi zza szyby, żebym przechodziła. Patrzę na światło - czerwone. Kręcę głową na znak, że nie. Po chwili zapala się zielone, a ja ruszam do przodu, jeszcze raz spoglądając na tych z marszrutki, którzy nie że pękają ze śmiechu, ale jest im bardzo wesoło. Chyba nigdy takiego zjawiska nie widzieli. W nagrodę zostałam obtrąbiona, ale jak na damę przystało, nie odwróciłam się.

Dla tych, którzy wybierają się do Rosji, mam jedną poradę. Kiedy zapala się zielone światło, nie rzucajcie się na ulicę, lepiej się najpierw rozejrzeć, chyba lepsze to, niż potem leżeć w gipsie, płacić za leczenie. 

Ulica Lyublińskaja

czwartek, 21 stycznia 2016

Rejs jachtem Radisson Cruise po Moskwie - czy warto?

Lubicie pływać statkiem? A jeść w restauracjach? Jeśli tak, to jako atrakcję w Moskwie polecam przepłynięcie się statkiem Radisson Cruise, może nie jest to rozrywka do cotygodniowego powtarzania, ale choć raz warto na pewno!

Statek startuje z dwóch miejsc: albo spod hotelu "Ukraina" (ul. Nabiereżnaja Tarasa Szewczenko), albo z Parku Gorkiego. Dziennie odbywa się kilka kursów, zarówno w ciągu dnia, jak i pod wieczór.

Trasa poniżej:

radisson-cruise.ru

Jest to nic innego jak pływająca restauracja. Całe wnętrze jest oszkolne, więc jedząc, podziwiamy widoki za oknem. A teraz o naszych wrażeniach z przepływu - czyli plusy i minusy.

Wybraliśmy się na ten przepływ 10 stycznia. Mróz, rzeka Moskwa zamarznięta. Pierwszy mankament - niełatwo trafić do przystani, z której odprawia się statek (my spod hotelu "Ukraina"), są to już bardziej obrzeża Moskwy, więc przed wyjazdem trzeba sobie dokładnie zaplanować, czym tam dojechać. My troszkę błądziliśmy, o mało nie spóźniliśmy się na wykupiony rejs, ale zdążyliśmy. Ceny przystępne: 700 rubli od osoby za klasę ekonomiczną, która w rzeczywistości jest całkiem elegancka, za klasę royal 1000 rubli, za VIP 1600. Śmiało można brać tą za 700. Od razu poprowadzono nas do stolika (przy oknie) i podano menu. Statek ruszył o czasie.

Jeśli chodzi o kartę dań, to ceny są wygórowane, a jakość w sumie nie zachwyca. Polecam tylko deser - strudel z wiśnią i jabłkiem, podany z gałką lodów waniliowych (z prawdziwą wanilią). Czasem na Grouponie jest do kupienia pakiet na rejs tym statkiem, kosztuje 2400 od pary, a wliczony w niego jest posiłek składający się z zakąski, dania głównego i deseru + lampki wina/szklanki soku. Chyba warto sobie taki kupić, my z przyczyn technicznych rozmyśliliśmy się i kupiliśmy zwykły bilet elektroniczny.

Wiadomo, że jeśli ktoś decyduje się na rejs po Moskwie, to główną atrakcją jest zobaczenie centrum stolicy. I tu się rozczarowaliśmy, bo reklamują się, że pływają cały rok, a w połowie trasy, tuż przed centrum, statek zawrócił i popłynął wolniutko spowrotem. Były te obiecane 2,5 godziny, ale trochę oszukane. Domyślam się, że ze względów technicznych/pogodowych, jacht ma zamontowany lodołamacz i całą drogę skutecznie rozwalał lód, ale jednak coś go powstrzymało przed przepływem do centrum. Szkoda. Jedna uwaga - chyba lepiej płynąć jak jest ciemno, wtedy Moskwa prezentuje się o wiele ciekawiej, pod względem nocnego oświetlenia stolica Rosji ma się czym pochwalić. :) My wybraliśmy taką porę, żeby akurat przy centrum zaczęło robić się ciemno, ale plan nie wypalił. Ciemno się zrobiło, ale zawróciliśmy!

Trochę rozmyte wnętrze




Widoki za oknem, w dzień i wieczorem


Chwile refleksji nad życiem...

Taka sobie panna cotta...

I bardzo smaczny strudel!!!!!

Taki sobie boeuf strogonov...

Za którego oddałam swoją bardzo taką sobie lazanię

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rosjanie lecą do Polski. Czego można się spodziewać przy kontroli paszportowej?

20 grudnia lecieliśmy z Mężem do Polski na święta. Przed podróżą trochę naczytałam/nasłyszałam się historii o tym, jak ciężko teraz Rosjanom przejść kontrolę paszportową, a i bagażowa stała się bardziej nachalna. Ogólnie - że na skutek obecnej sytuacji politycznej zaczęto sprawiać Rosjanom problemy na lotniskach, podejrzliwie się im przyglądać, sprawdzać wszystko, co się da, a w konsekwencji nawet może nie wpuszczać do kraju - w naszym przypadku do Polski.

Tych słuchów niestety w całości nie zdementuję, ale powiem tak: części z Was spadnie kamień z serca, a reszta będzie miała świadomość, co może ich czekać na lotnisku. Celem tego postu nie jest wybicie Rosjanom z głów podróżowania do Polski, bo póki co z Rosji do Polski można podróżować swobodnie, i miejmy nadzieję, że już tak zostanie. Czytajcie więc dalej, ja Was straszyć nie będę! Powiem tylko to, co sama widziałam, a co poniekąd dementuje mrożące krew w żyłach historie Rosjan, których skontrolowano na lotnisku niczym w więzieniu, a i tak na koniec nie wpuszczono do kraju. Bzdura!
Zdjęcie: dlapilota.pl

Tak, daje się zauważyć, że obywatele Rosji podchodzący do kontroli paszportowej spędzają tam więcej czasu niż na przykład rok temu. Co nie przekłada się na liczbę podróżujących. Samolot Moskwa-Warszawa był prawie pełen, podobnie w stronę odwrotną. Kolejka do kontroli paszportowej w Warszawie: Polacy pokazują paszport i przechodzą, a kiedy przychodzi kolej na Rosjan, to oczekiwanie się wydłuża. Mowa o Rosjanach podróżujących samotnie, czyli bez wsparcia w postaci Polki/Polaka. Kobieta w wieku około 50 lat z nastoletnim dzieckiem spędziła przy okienku jakieś 10 min, ale oczywiście tam się nie rozbierała, kontrolerka sprawdzała coś w komputerze, widziałam, że sprawdzali też elektronicznie odciski palców, jakaś rozmowa i tyle. Pamiętam, jak mój Mąż leciał do mnie poraz pierwszy. Jechałam właśnie na lotnisko, kiedy zadzwonił telefon - numer należał do niego. Odbieram, a tam kobiecy głos wita się ze mną po polsku i zaczyna przesłuchanie: a czy pani wie, że gość z Rosji do pani leci, a proszę podać jego imię i nazwisko, a gdzie będziecie przebywali i mnóstwo innych pytań. Ledwo żywa ze strachu pytam się, czy coś się stało, zdenerwowało mnie to, że dzwoni z jego telefonu, a ona: a nic, pan przeszedł kontrolę, dziękuję, do widzenia. Wszystko ok, takie mają procedury, rozumiem, ale po co naciągać Rosjanina z rosyjskim numerem na rozmowę krajową? W całej tej historii to jest właśnie nieprzyjemne, pierwszy kontakt mojego Męża z Polakami i już go naciągnęli na kilkadziesiąt złotych.

Tak więc trzeba nastawić się na taką sytuację, że granicznicy wykonają telefon kontrolny do osoby, którą Rosjanin poda jako tą, z którą będzie spędzał czas w Polsce. Nie warto kłamać. Jeśli jedziecie na wizie turystycznej do narzeczonej, to nie wymyślajcie, tylko powiedzcie, że jedziecie do narzeczonej. Granicznicy mają dar wyłapywania takich kłamstewek, a wtedy jeszcze bardziej jątrzą sprawę i z minuty na minutę są coraz mniej milsi.

Na co musicie więc być gotowi - na to, że podchodząc do okienka, granicznik najpierw wnikliwie się Wam przyjrzy, potem może zadawać pytania, poprosić o odciski palców, zadzwonić do osoby, która według Was ma się zająć Wami w Polsce, żeby sprawdzić, czy nie kłamiecie. Bądźcie pewni siebie i mówcie prawdę, humor też może się przydać, choć bez przesady oczywiście.

A teraz deser, czyli Mąż Rosjanin, żona Polka. Kiedy przyszła nasza kolej, puściłam Męża przed sobą, żeby w razie czego móc mu pomóc. Zaopatrzyliśmy się w cierpliwość, choć oboje się denerwowaliśmy. Podszedł do okienka, został wnikliwie obejrzany, po czym zapytano go: po co pan przyleciał do Polski? On na to, że z żoną Polką na święta do rodziny (po polsku). I tu padło spojrzenie na mnie. Pomachałam pani za szybą, żeby nie było wątpliwości. Nie odmachała niestety, ale Mąż po chwili przeszedł przez bramkę, a mi kamień spadł z serca. Sprawdziła mi paszport, poprzyglądała się i za chwilę dołączyłam do mojego Rosjanina "po drugiej stronie". Udało się! Nie taki diabeł straszny... Rosjanie podróżujący z małżonką/małżonkiem obywatelstwa polskiego mają ewidentnie łatwiej.

Gdyby nie te złowieszcze opowieści, których naczytałam się przed podróżą, pewnie nawet ten post by nie powstał. Chciałabym jednak podzielić się własnym doświadczeniem z Wami, bo być może też ktoś kiedyś coś od kogoś usłyszał i stresuje się podróżą, tą kontrolą graniczną czy bagażową. Nie ma się czego bać! Kontrola graniczna może i jest intensywniejsza, ale bez przesady. Jak ktoś nie ma nic do ukrycia, to na prawdę może nie przejmować się tym etapem podróży. A kontrola bagażowa - taka jak zawsze. U nas: 2 kontrole w Szeremietiewie, w drugą stronę jedna w Warszawie. I tyle. Jeśli ktoś podróżuje transferem, to pewnie czeka go jeszcze jedna kontrola bagażowa w Warszawie.

Muszę znowu pochwalić Aeroflot za komfort podróżowania i darmowy lunch. Przerzucili się na ciemny chleb, za co ogromne dzięki! Tradycyjnie, na dowód, że trzymają poziom, ujawniam, z czym była kanapa: suszone pomidory, mięsko, ser, ogórek. Do tego ciepła herbatka z cytryną i sok. Jak tu ich nie kochać? :-) Więcej na ten temat w poście Aeroflot vs. LOT.

A w Polsce lato pod koniec grudnia... "Zimowa" plaża Gdańsk-Jelitkowo.

Zdjęcie: własne


środa, 13 stycznia 2016

Moskwa zaspana, śniegiem zasypana...

Halo halo! Jak to mówią - święta, święta i po świętach. Noworoczne prazdniki 2015/2016 to już tylko wspomnienie, od poniedziałku w Rosji zaczął się normalny roboczy rytm - moskwicze ruszyli do pracy.

Oj, po takich długich wakacjach część osób ma poważny problem z przestawieniem się na normalny tryb. Bo i żołądek większy, woła o dokładkę, i spać się chce bardziej, kiedy rano dzwoni budzik, i w ogóle wszechogarniające NIECHCEMISIĘ. A pogoda nie pomaga. Nawaliło upragnionego, gdy go nie było, śniegu, i nadal sypie, 15-stopniowy mróz, wieje wiatr. Słowem - pierwszy roboczy tydzień w Moskwie pod mroźny wiatr z opadami (prosto w twarz).

To mój pierwszy styczeń w Moskwie. Wychodzę do sklepu i już pod klatką tonę w śniegu. Pracowici imigranci ze Wschodu pracują łopatami najszybciej, jak tylko mogą, ale nie nadążają. Idę po naszej chodniko-ulicy, a raczej ślizgam się, i walczę z wiatrem, patrząc jednocześnie i pod nogi, i przed siebie. Droga na śmietnik jest zasypana, z wyjątkiem cienkiego paseczka dróżki wydeptanego przez podobnych do mnie, czyli uczciwie wyrzucających śmieci do kontenera, nawet przy takich warunkach pogodowych. Bo wiecie co? Część z Was pewnie pamięta, że pisałam o irytującym zjawisku zostawiania przez sąsiadów worków ze śmieciami na klatce i pod klatką (Z podmoskowia do Moskwy). Czasem te worki leżą i leżą. Ale zawsze po jakimś czasie znikają. O ile te z klatki schodowej znikają raz w tygodniu (w dniu wizyty sprzątaczy klatki), o tyle te spod klatki znikają do kilku razy dziennie! Tak, okazuje się, że pracowici imigranci, o których też pisałam, wykonują tę robotę za leniwych mieszkańców, którym nie chce się iść na śmietnik, więc zostawiają swoje brudy pod klatką. O imigrantach tu Moskiewscy imigranci.

A może ktoś jest po prostu tak bardzo zapracowany, że czasem mu się zdarza tak zrobić? Bo zaspał do pracy i lecąc na łeb, na szyję, chwycił worek ze śmieciami i rzucił pod klatką, przeklinając w duchu, a może i na głos, swój niecny postępek? Nic bardziej mylnego! Obserwowałam sąsiadów i oto co zauważyłam. Wychodzi sobie z kwartiry młodzieniec w wieku 20-30 lat, w koszulce na ramiączkach i szortach + kapcie/ew. klapki, zbiega po schodach, i tutaj 2 możliwości:
a) rzuca worek ze śmieciorami na dole klatki schodowej i pędem biegnie do domu, bo zmarzł
b) otwiera drzwi od klatki i rzuca worek ze śmieciorami pod klatką schodową i pędem biegnie do domu, bo zmarzł

Leniuchy z mojej klatki pochodzą z różnych grup wiekowych i warstw społecznych, ale łączy ich jedno - wyłażą z domu, zostawiają śmieci i wracają do domu. Czyli nic ich nie goni, robią to tylko dlatego, że skoro ktoś może pójść te 200 metrów do kontenera za nich, to co za durak pójdzie sam?  No, ale sądząc po subtelnie wydeptanej dróżce na śmietnik, ktoś tam czasem chodzi oprócz mnie. I czasem nawet na własne oczy widzę tam ludzi wyrzucających śmieci! Jest nadzieja!

Serwis sprzątający klatkę schodową przychodzi chyba raz w tygodniu, machnie szmatą, pozbiera grubsze śmieci i gotowe. Schody na klatce są po prostu brudne, niedomyte. A po Sylwestrze klatka nasza ogólnie wyglądała na zdemolowaną - wśród serpentyn i łańcuchów choinkowych walały się puste butelki po trunkach i oderwane skrzynki pocztowe. I tak chyba do 6 stycznia. Oj, działo się... W sumie cieszę się, że byliśmy wtedy na daczy :)

Moskwa powoli otrząsa się ze świątecznego lenistwa, choć na razie jeszcze idzie jej opornie. Przypadkowo usłyszałam rozmowę dwóch kobiet, które narzekały, że nie ma komu sprzątać miasta. Nieopodal stała maszyna do odgarniania śniegu, a w niej siedział kierowca. Dokładnie - maszyna stała, a on siedział i rozmawiał z kimś. Fakt, śniegu dużo, ale gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce... A ja myślałam, że to tylko u nas w domu przychodzi z trudem zmotywować się do pracy po tej przerwie... :) No cóż, mamy już połowę tygodnia, najgorsze za nami, teraz może być tylko lepiej.

Zdjęcie: styczniowa Moskwa z pokładu jachtu Radisson Cruise, o którym już niebawem... :)