środa, 17 czerwca 2015

Wschodnie słodycze: Рахат-лукум (rachat-lukum)

W rosyjskich sklepach jest tyle różnych słodyczy, że trzeba by lat, żeby je wszystkie poznać (plus średnio co tydzień dochodzą nowe produkty, na rosyjskim rynku słodkości wszystko, co słodkie, ma szansę się przebić!). Wczoraj na promocji w Diksi złowiłam jeden z popularnych w Rosji słodyczy rachat-lukum (pochodzenie: Syria, Turcja), występujący w może 20 różnych wersjach. To takie żelkopodobne kostki z różnymi dodatkami, obtaczane też w czymśtam, moja zdobycz to wersja z orzechem laskowym obtaczana w wiórkach kokosowych. Nie każdemu podejdą one do gustu, w przeciwieństwie np. do galaretek, które każdy chyba lubi. Mnie te podchodzą, bo są bardzo orzechowe, nie pożałowali laskowego!

Ciekawostka: "rachat-lukum" znaczy "wygodny kąsek". Rzeczywiście, je się go bardzo wygodnie, jeden za drugim...

Na stronie sostavproduktov.ru piszą o zaletach i szkodliwościach dla zdrowia rachat-lukuma. I tak - rachat- lukum to zastrzyk energii dla organizmu, jak piszą, "bateryjka". Najzdrowsze rachat-lukumy to te z orzechami, ale jestem szczęściarą, moja zdobycz rządzi! Jeśli chodzi o drugą stronę medalu, to tak jak z każdym innym słodyczem - cukier. Piszą, że po zjedzeniu dużej ilości rachat-lukuma mogą boleć zęby (to jest na tyle słodkie, że nie wyobrażam sobie, jak można wsunąć na raz całą paczkę). Tak więc zaleca się umiarkowane spożywanie rachat-lukuma i delektowanie się każdym kęskiem (dzięki czemu wyzwala się radość, jeszcze jedna wymieniona na ww. stronie zaleta spożywania tego słodycza).

W rachat-lukum, nawet ten prosto z Turcji, producenci często pchają różne barwniki i aromatyzatory. Takich lepiej nie kupujcie. Skład mojego wygląda względnie niegroźnie: cukier, mąka kukurydziana, orzechy, wiórki kokosowe, kwas cytrynowy, wanilina. Wyprodukowany w Rosji.

A tutaj na przykład przepis na własny rachat-lukum, wygląda obłędnie! domowy rachat-lukum



poniedziałek, 8 czerwca 2015

Sezon w pełni w WDNH

WHDN już Wam na blogu pokazywałam, ale jako że jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Moskwie, to się powtórzę, zwłaszcza że zdjęcia teraz są inne, bo i niemało się tam pozmieniało. WDNH latem jest piękne, a ludzi tłumy. Sezon w pełni, tętni życiem. Dla przypomnienia:

WDNH - Wystawka Dostiżenij Narodnogo Haziajstwa - Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej to ogromny kompleks wystawowo-rekreacyjny, w którym można i pozwiedzać pawilony poszczególnych republik (w tym byłych), i ochłodzić się przy robiących wrażenie fontannach, pozachwycać się architekturą, kosmosem (zwiedzić Muzeum Kosmosu), pojeść, popić, posłuchać muzyki na żywo, pojeździć na rolkach/rowerach, po prostu pospacerować czy posiedzieć na ławce. Skrótem - każdy znajdzie tam coś dla siebie, jest i ogromny diabelski młyn dla tych, co pragną silnych przeżyć, i wesołe miasteczko, pełno atrakcji dla dzieciaków, są Indianie, którzy rok temu w tym samym miejscu śpiewali te same piosenki (i tańcowali), co przywołało mi wiele pozytywnych wspomnień i troszkę było jak deja vu... Szczególnie intensywnie pod względem atrakcji robi się w weekendy na wieczór, ok. 19. I nieziemsko pachnie szaszłykiem... No co tu dużo gadać, na pewno więcej tam się dzieje niż na kremlu, warto iść i tyle :-) Reszta na zdjęciach.

Dojazd - metrem do stacji WDNH.


















sobota, 6 czerwca 2015

W tym kraju nie ma (miejsca dla) dobrych ludzi? Dureń (recenzja)

Dureń to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów, jakie w tym roku oglądałam. Dramat Jurija Bykowa z 2014 roku pokazuje nam historię Dimy, prostego, dobrego człowieka, jeszcze studenta, a już ojca i męża, który wraz ze swoją żoną i córką mieszka u rodziców - równie prostego i dobrego jak on ojca oraz rozgoryczonej, schorowanej i rozhisteryzowanej matki, która całe życie żałuje, że związała się z mężczyzną, który przez swoją uczciwość niczego się w życiu nie dorobił - a teraz syn powtarza dokładnie to samo. Życie 5-osobowej rodziny jest więc pełne codziennych konfliktów, a zawsze chodzi o to samo - o pieniądze.

Film otwiera scena z innego miejsca - wielopiętrowego bloku-molocha, w którym zamieszkują ludzie, których na pewno nikt z nas nie chciałby mieć za sąsiadów - recydywiści, narkomani, alkoholicy, patologiczne rodziny. W jednym z mieszkań właśnie odbywa się cowieczorne bicie żony i córki, kiedy scenę przerywa pęknięcie rury doprowadzającej wodę. Tak się składa, że Dima właśnie tym się zajmuje, dostaje telefon i za chwilę dwie historie zaczynają się łączyć.

Okazuje się, że to nie jest zwykłe pęknięcie rury. Dima odkrywa na zewnątrz bloku pęknięcie, które ciągnie się od ziemi do 9. piętra. Dom runie z minuty na minutę, a wraz z nim ponad 800 osób. Życie Dimy od teraz potoczy się w całkiem nieoczekiwanym kierunku.

Bohater, jak na dobrego człowieka przystało, powiadamia "odpowiednie organy" o sytuacji. Cała śmietanka rządzących świętuje akurat jubileusz pani burmistrz, wszyscy są mniej lub bardziej pijani, Dima wpada na imprezę akurat w czasie wygłaszania podziękowań dla wspaniałej pani burmistrz, która postawiła miasto na nogi i w ogóle kobieta anioł, stworzona, by czynić dobro dla innych. I my również dajemy się nabrać na te piękne słowa, bo zdaje się, że kobieta przejęła się sytuacją, którą przedstawił jej nikomu nie znany Dima, taki trochę nikt w porównaniu do reszty towarzystwa, w dodatku zakłócający imprezę w środku nocy (szczerze mówiąc, kiedy wpadł na tą imprezę, to raczej byłam pewna, że go stamtąd przegonią, a oni na prawdę byli mili, proponowali wypić, pojeść, oj, chyba w polskiej wersji tego filmu by go jednak przegonili...). Pani burmistrz zwołuje pijaną radę, ku nieuciesze jej członków, i zaczyna się cyrk...

Najpierw niedowierzanie, udowadnianie - a skąd wiesz, że budynek padnie, a kim ty jesteś, a pokaż, no widzę, ale dalej nie wierzę, bo tak jest już dawno i nikt się tym nie przejmuje. Tysiące dowodów i argumentów, a potem (gdy już uwierzyli) przepisy, terminy, procedury... Biurokracja nie pozwala na natychmiastowe ewakuowanie mieszkańców. Dom może upaść w każdej chwili, ale zrobić nie można nic... Tym bardziej że zrobienie czegokolwiek będzie, jak się okazuje, dla wielu tych zacnych radnych kamieniem do trumny. Bo gdzie się podziały pieniądze, które przyznano na remonty budynku i modernizację? No jak to gdzie? Zebrani rozglądają się po sobie i każdy wie, gdzie przepadły te miliony rubli. Zamiast planów ewakuacyjnych, zaczyna się zacieranie śladów i palenie ksiąg... A dla Dimy kończy się to bardzo, bardzo źle. Choć nie tak, jak myślicie. Cios przychodzi z zupełnie innej strony.

Dlaczego Dima to tytułowy durak? Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, musicie to sami obejrzeć. Generalnie nasz bohater poświęca swoje własne życie dla zupełnie sobie nie znanych ludzi, i w dodatku takich, jak to ujmuje jeden z radnych, "gorszej kategorii, złych, bez których nam, normalnym ludziom, żyłoby się lepiej, łatwiej". Czy Dima jest nieskalanie dobry? Ano moim zdaniem nie, bo z jednej strony poświęca się nieznajomym, a z drugiej zupełnie zapomina, że ma żonę i dziecko na utrzymaniu. Tak jakby ta cała historia z ratowaniem bloku namąciła mu w głowie tak, że nic innego poza misją ratowania "świata" nie widzi.

Może dziwić, że w rosyjskim filmie tak jaskrawo pokazuje się korupcję (co niektórzy uparcie twierdzą, że takie rzeczy tutaj się wycina z filmów, tzn. wszystko, co może pokazać Rosję negatywnie). W zasadzie to korupcja lub jej brak jest bazą tego obrazu (hasło z polskiej okładki filmu: "Metafora współczesnej Rosji"), bo Dimę i jego ojca wini się za to, że nie brali, a z drugiej strony mamy tych, co biorą. Jeden z radnych, żartobliwie tłumacząc swoje grzeszki, mówi: "Jak mogę nie brać, nie byłbym Rosjaninem, gdybym nie brał!" - no jakoś tego nie ocenzurowali.

Żeby zrozumieć, dlaczego Dima zasłużył na miano duraka, trzeba zobaczyć, jak historia się kończy. Zdradzę, że co wrażliwszym może się łezka w oku zakręcić, spotkałam się też z opinią, że film może spowodować lekką depresję. W Duraku nie ma dobrych ludzi, wszyscy mają coś na sumieniu, czyniąc dobro jednym, robią szkodę drugim.

Nie zdradzę też, czy blok się, koniec końców, zawalił.

Zdjęcie: Internet.

piątek, 5 czerwca 2015

Wyrabianie wizy przez agencję turystyczną

Wyrobienie wizy do Rosji tradycyjnym sposobem, czyli przez konsulat, jest dosyć trudne i czasochłonne. Przede wszystkim chodzi o poprawne i dokładne wypełnienie wniosku wizowego, w którym za pewne pozycje nie wiemy, jak się zabrać, a także wykupienie ubezpieczenia na czas podróży, załatwienie vouchera turystycznego czy zaproszenia. Dlatego przedstawię tu inną metodę wyrobienia wizy, mianowicie pośrednictwo wizowe, pokazując przebieg procesu oraz jego wady i zalety.

Pośrednictwem w wyrobieniu wizy zajmują się biura podróży. Wyszukujemy w sieci parę takich punktów z naszego województwa (ze względu na to, że konsulaty wyrabiają wizy mieszkańcom swoich województw, więc mieszkając w Krakowie, nie możemy jej wyrobić w konsulacie w Gdańsku), bo nie wszystkie biura w swojej ofercie mają pośrednictwo wizowe, porównujemy ceny, wybieramy, kontaktujemy się w celu potwierdzenia informacji ze strony internetowej - przede wszystkim ceny, czasu oczekiwania, formy dostarczenia, po czym ustalamy szczegóły osobiste.

Jeśli biuro znajduje się poza naszym miejscem zamieszkania, zazwyczaj jest możliwość załatwienia całej sprawy za pośrednictwem kuriera, będąc na bieżąco w kontakcie mailowym i telefonicznym. Tak więc wysyłamy (po uzgodnieniu z biurem) kurierem:
- paszport
- aktualne zdjęcie paszportowe
- przynajmniej częściowo wypełniony wniosek o wydanie wizy (niektóre biura podróży nie wymagają tego wniosku, szczegóły wysyła się im np. w mailu)

I gotowe, kiedy przesyłka z dokumentem dotrze do biura, wpłacamy na konto ustaloną kwotę i czekamy, trwa to około 10 dni, w nagłych sytuacjach można skorzystać z trybu przyspieszonego, ale to kosztuje więcej.

Jak to wygląda cenowo? Wiza turystyczna jednorazowa kosztuje ok. 420-450 złotych (a przynajmniej powinna ta cena oscylować wokół tego), maksymalnie za granicą można przebywać 30 dni i tyle też jest ona ważna (czyli jak jedziemy na 25 dni, to te 5 przepada, nie można ich wykorzystać przy następnym razie, bo wiza jest JEDNORAZOWA, na jeden wjazd na terytorium Federacji Rosyjskiej). Po wykorzystaniu wizy jednorazowej można otrzymać wizę wielokrotną, którą załatwia się w ten sam sposób, jednak jej cena to już nawet 1000 zł (konkretnie mowa o wizie wielokrotnej rocznej, polecanej osobom, które podróżują do Rosji więcej niż dwa razy w roku). Zasady korzystania z tego typu wizy: na każde pół roku przypadają 3 miesiące, podczas których można przebywać w Rosji, więc w ciągu roku jest to 6 miesięcy.

Podsumowując:

ZALETY SKORZYSTANIA Z POŚREDNICTWA WIZOWEGO:
- brak konieczności osobistego kontaktu z konsulatem
- pomoc z kłopotliwym wnioskiem
- wszelkie formalności załatwia za nas pośrednik
- oszczędzamy czas i nerwy

WADY:
- wysokie koszty pośrednictwa

Powyższe informacje odnoszą się do wiz turystycznych i biznesowych, na temat innych rodzajów wiz i sposobu ich wyrabiania jak dotąd nie posiadam sprawdzonych, przetestowanych informacji.

O spotkaniu Rosjan z sałatką gyros...

Rosyjska gościna, objawiająca się chociażby w stylu wyprawiania imprez, to jedna z tych rzeczy, które w Rosji kocham. Podczas moich wizyt i różnych okazji do świętowania na stole gościły rozmaite sałatki, mniej lub bardziej kaloryczne, bez których stół zakąsek poprostu nie istnieje. I tak poznałam śledzia pod szubą, oliwie, vinegret... i wiele innych, bez nazwy lub zapożyczonych z zagranicy, ale równie smacznych i oryginalnych, inspirowanych różnymi stronami świata.

I z tego względu postanowiłam wprowadzić na nasz rosyjski, a w zasadzie już polsko-rosyjski stół coś od siebie, coś, co lubimy i robimy w Polsce. Sałatka gyros. Nie jest to wprawdzie danie pochodzenia ściśle polskiego, bo gyros to całkiem inne strony, ale sama sałatka to według mnie polska wariacja na temat gyrosa, zresztą bardzo udana. I nawet się nie spodziewałam, że moja sałatka gyros tak szybko zniknie ze stołu, a ja będę musiała ją powtórzyć na drugi dzień, bo nie wszyscy zdążyli spróbować...

Zdjęcie: początek imprezy, sałatka gyros jeszcze w stanie nienaruszonym po lewej stronie w przezroczystej misce.

Ten post miał powstać tylko w wersji rosyjskiej, bo to do Rosjan skierowany jest przepis na sałatkę gyros, Polacy raczej go znają, ale w sumie czemu nie, może w takiej wersji ktoś z moich Czytelników jeszcze nie próbował, a może zrobi ją swoim znajomym, rosyjskim czy też nie, komuś, kto lubi dobrze pojeść :-)

Sałatka gyros
(ilość składników podaję na oko, sałatka jest warstwowa, więc tak czy siak wyjdzie, powinna ładnie wyglądać, więc poszczególne poziomy powinny wyraźnie się odznaczać)

1. pierś kurczaka 2-3 sztuki
2. jajka 5 szt.
3. korniszony kilka-kilkanaście sztuk
4. mała cebulka
5. kukurydza 1 puszka
6. rukola 3-4 garście
7. majonez i ketchup
8. przyprawa gyros albo własny mix przypraw: słodka papryka, chilli, pieprz, sól, majeranek, oregano, rozmaryn, czosnek - ma być ostra
9. żółty ser, najlepiej parmezan

Przygotowanie

Kurczaka pokroić w kosteczkę, obsmażyć na oliwie z przyprawami, niedługo, żeby nie przesuszyć. Wystudzić.
Jajka ugotować na twardo, pokroić drobno.
Korniszony, cebulę pokroić drobno.
Kukurydzę odsączyć.
Ser zetrzeć na tarce o dużych oczkach.

Układamy warstwami wszystko po połowie, co 3 warstwy smarując majonezem i polewając ketchupem w kratkę. Na wierzch sypiemy starty ser. Aby lepiej się nabierało sałatkę, między ser a ostatnią warstwę również smarujemy majonezem z ketchupem. Odstawiamy do lodówki, najlepsza jest na drugi dzień.

Uwaga! Nie dodajemy do sałatki żadnych przypraw oprócz tego, w czym smażyliśmy kurczaka. Przyprawa z mięsa, ketchup i majonez nadadzą sałatce wystarczająco intensywny, wyrazisty smak.

W Rosji raczej nie dostanie się gotowej przyprawy gyros, ale można ją np. przywieźć przy okazji (ja już wpisałam sobie tak z 15 paczek na listę "co wziąć ze sobą do Rosji", bo jest sporo "chętnych"). W ostateczności wystarczająco dobry będzie własny mix przypraw.

czwartek, 4 czerwca 2015

Uroki życia w Rosji - jak sobie radzić bez gorącej wody?


Jednym z uroków życia w Rosji jest letnie odłączenie gorącej wody na 2 tygodnie w celu modernizacji wodociągów, cokolwiek to znaczy. W tym roku stało się to jakoś wyjątkowo wcześnie, bo już 2 czerwca, zanim zdążyliśmy sobie o tym przypomnieć. Tak więc była niespodzianka, trzeba sobie jakoś radzić w tej sytuacji bez psychicznego przygotowania...

Właśnie, jak radzić sobie przez te 2 tygodnie bez gorącej wody? Kwestia kluczowa - jak się umyć? Miłośnikom ekstremalnych przeżyć proponuje się oczywiście lodowaty prysznic, innym pozostaje wziąć garnki i czajniki w ruch, niczym przed laty, bo przecież były takie czasy, że gorącej wody w kranie nie było, to wynalazek nowoczesności, którego wielu już nie docenia, bo przecież jak może nie być gorącej wody w kranie, ona zawsze była, jest i będzie!

A Rosjanie mali i duzi wiedzą. Są do tego przyzwyczajeni. Choćby dlatego, że wiele daczy, na które tak lubią wyjeżdżać, nie ma takich "wygód". Rosjanie to naród bardzo zaradny, więc te 2 tygodnie bez gorącej wody to pestka. Jakby się zastanowić, to na prawdę nie jest to rzecz, bez której nie da się żyć, choć bardzo pomocna w codziennym życiu. Ale za to jak się ją doceni, kiedy puszczą ją z powrotem!

W skrócie - corocznym odłączeniem wody nikt się tu za bardzo nie przejmuje, garnki w ruch i można się myć bez doznania szoku termicznego, a co niektórzy... no cóż... dochodzą mnie słuchy, że w godzinach szczytu w moskiewskim metrze jest jakoś inaczej... aromat inny... Jak widać, część mieszkańców stolicy i okolicy W OGÓLE brakiem ciepłej wody się nie przejmuje :-)

Pech chciał, że czasowo nie mamy pralki, więc dochodzi mi jeszcze pranie... Ale nawet to da się zrobić, zresztą całkiem łatwo i sprawnie! Ach ta Rosja... jak wiele rzeczy zaczyna się tu doceniać... :-)

Co ciekawe, te 2 planowane tygodnie bez wody to czasem w praktyce zaledwie tydzień, więc i w tym roku jest nadzieja!

Moje miasto - Люберцы



środa, 3 czerwca 2015

Słodkie otwarcie lata z rosyjską watruszką

Czerwiec na blogu otwieram słodkim postem - przepisem na oryginalne rosyjskie watruszki! Czyli... drożdżówki z twarogiem. Tradycyjne, bo w dzisiejszych czasach watruszki robi się już praktycznie ze wszystkim - z dżemem, z puddingiem, z owocami, widocznie Rosjanom trochę już się przejadły ;-) W sklepach nadal królują watruszki z twarogiem, nawet bez dodatku rodzynek czy bakalii w masie twarogowej, i taki właśnie bazowy przepis na watruszki dzisiaj Wam zaserwuję. Na specjalne życzenie jednej z moich Czytelniczek, Polce w Grecji, której zachciało się watruszki!

Oryginalne rosyjskie watruszki



Składniki:

1. Ciasto
  • 250 ml ciepłego mleka
  • 10 g suchych drożdży (albo 50 g świeżych)
  • 100 g cukru
  • 100 g masła
  • 450 g mąki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 jajka
2. Wypełnienie
  • 500 g twarogu (lepiej nie ten niskoprocentowy, będzie sucho)
  • 100 g śmietany
  • 100 g cukru
  • cukier waniliowy
+ rozbełtane jajko do smarowania wierzchu


Robimy ciasto drożdżowe: drożdże wsypujemy do ciepłego mleka, dodajemy około łyżkę, dwie cukru i kilka łyżek mąki; wymieszać do zniknięcia grudek i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok. 15 min - ważne jest to, żeby masa drożdżowa się podniosła, jeśli słabo rośnie, dajmy jej więcej czasu. W międzyczasie topimy masło na patelni, przygotowujemy resztę mąki wymieszanej z solą.

Rozczyn drożdżowy pięknie się podniósł, więc mieszamy go z całymi jajkami na jednolitą masę, wlewamy roztopione masełko (lekko przestudzone lub chłodne), wsypujemy resztę cukru, mieszamy, dodajemy mąkę z solą, mieszamy, a następnie wyrabiamy ręką do uzyskania sympatycznie wyglądającego, elastycznego ciasta, które ładnie odchodzi od ręki. W razie potrzeby można podsypywać mąką, ale bez przesady, bo przecież nie chcemy, żeby watruszki wyszły twarde.

Ok, mamy piękną kulę drożdżowego ciasta, teraz dajmy mu czas, żeby wyrosło. Tak do 2 godzin na początek, w ciepłym miejscu, to wersja dla przypadków opornych, które słabo rosną, obserwujcie, możliwe, że już po godzinie ciasto będzie wyrośnięte. Gdy osiągnie zadowalające rozmiary, musimy przywalić mu pięścią, żeby wróciło do swojej poprzedniej formy, po czym znowu zostawić do wyrośnięcia.
W tym czasie przygotowujemy masę do napełniania watruszek - rozdziabujemy twaróg widelcem, dodajemy śmietanę i cukry, jakieś dodatki, jeśli ktoś lubi - i gotowe. Masa nie powinna być za rzadka.

Formujemy watruszki - jeśli chcecie, aby kształt też miały tradycyjny, urywacie po kawałku ciasta i formujecie z niego najpierw kulkę, potem ją lekko rozgniatacie, a potem palcami żłobicie w niej dość duży dołek - im szerszy, tym więcej twarogu w taką watruszkę upchacie. Idealne watruszki to takie, gdzie tych brzegów z ciasta prawie nie ma, ale ciężko takie zrobić... I tak jedna za drugą, na początku może będzie szło powoli, ale jak już wyrobicie technikę formowania tego kształtu, to będzie już z górki. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia albo wysmarowanej tłuszczem, smarować jajkiem (twaróg też) i do piekarnika (bo podrosną sobie w trakcie robienia) - a tutaj to już trzeba obserwować, ja piekłam w 180 stopniach około 25-30 minut - koniecznie zaglądajcie, jak wyglądają, mają być lekko złote.

Wszystkim, którzy się skuszą na te watruszki, życzę powodzenia w wypiekaniu. Najlepsze są pierwszego dnia, a takie jeszcze ciepłe to w ogóle super... :) Ale następnego dnia też niczego sobie. Z przepisu wychodzi około 20 sztuk. Masę twarogową można modyfikować, za mną ostatnio chodzi taki pomysł, żeby zrobić wypełnienie taką masą jak do sernika, z jajkami, masłem.

Ciasto drożdżowe to przepis uniwersalny, można użyć go również do przyrządzenia rosyjskich pierożków z kapustą czy mięsem, odejmując mu tylko słodkość, czyli zamiast 100 gram cukru dać np. łyżkę do smaku.