poniedziałek, 30 listopada 2015

Igor Sokołowski w podróży po Rosji

Do sięgnięcia po książkę Spokojnie. To tylko Rosja zachęcił mnie już sam tytuł. Kusi, nieprawdaż? Powiedziałabym, że prowokuje nawet. Wszyscy wiemy, jakie emocje budzi ten kraj, a tu taki tytuł - nie ma się czego bać, spokojnie, bądźmy poważni, to tylko Rosja. Potem przeczytałam opis, który jeszcze bardziej mnie zainteresował, bo autor:
(...) spogląda na nią (Rosję) oczyma chłopaka, który zna historię, ale nie jest nią osobiście obciążony. Potrafi być w stosunku do Rosji bezlitośnie krytyczny, ale też jest nią zafascynowany.
Nie wiem, jak zaczęła się przygoda autora z Rosją, ale ewidentnie wciągnęło go na całego, bo książka dokumentuje jego liczne, wręcz obfite, podróże w różne jej zakątki, zarówno duże miasta, jak i małe wioski, pozostałości po kołchozach. Sięgając po ten dziennik (umownie dziennik z podróży) Sokołowskiego, zabieramy się z nim do Rostowa nad Donem, Soczi, Pskowa, Smoleńska, nad Wołgę, do Tweru, nawet do Czeczenii. Wysłuchujemy historii prostych, napotkanych przypadkowo ludzi, a jak wiadomo, te są zawsze najciekawsze, bo prawdopodobnie nieodkryte, wypowiedziane po raz pierwszy. Odwiedzamy rodzinne strony Gagarina i jesteśmy świadkami dziwnej rozmowy z kolegą z lat dzieciństwa i młodości najsłynniejszego na świecie kosmonauty. Dziwnej, bo kolega jest przekonany, że Gagarin zginął nie w wyniku wypadku, a było to morderstwo. Wypytywałam rodzinę na ten temat, ale o takiej wersji wydarzeń nie słyszeli.

Autor podróżuje więc samotnie wzdłuż i wszerz Rosji swoim własnym samochodem, nawiązując znajomości i przyjaźnie, pijąc wódkę, imprezując, ale jest też czas na twórcze zwiedzanie ciekawych miejsc. Szczególnie interesują go te skrawki Rosji, w których zatrzymał się czas, a sowieckie relikty, choć porośnięte mchem, wyblakłe, na pół martwe, dalej są elementem lokalnego krajobrazu. Czyli miejsca, w których po czasach Związku Radzieckiego nikt jeszcze nie posprzątał i raczej już nikt tego nie zrobi.

Wielu ciekawostek można dowiedzieć się z lektury tej książki. Np. tego, że miasto Czechowa, Taganrog, jest bohaterem złośliwych dowcipów:

"W Taganrogu, żeby karać dzieci, stawia się je nie do kąta, a do okna."
"Kiedy Putin przyjeżdża do Taganrogu, miasta się nie odnawia, tylko burzy i buduje od nowa."

i szczególnie dosadne:

"Kapitan Titanica rozkazał rozbicie statku o górę lodową, gdy zorientował się, że prąd znosi statek w kierunku Taganrogu."
Pewnie nigdy bym się tego nie dowiedziała, a tak mogłam zabłysnąć wiedzą na temat Rosji przed Mężem :-) Żartuję, mam wielką nadzieję, że to jednak mity, a Taganrog jest normalnym miastem. Może ktoś z Was tam był i zdementuje plotki?

Publikacja ma dużo zdjęć, ale z jakiegoś powodu nie zaopatrzono ich w podpisy, co trochę osłabia ich odbiór, tym bardziej że nie do końca korespondują z treścią, obok której są umieszczone (być może to wina e-booka). Wśród bogatej kolekcji nie mogło zabraknąć mojej ulubionej moskiewskiej rakiety z WDNH, która po przeczytaniu książki już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z rzekomą potoczną jej nazwą, o której nie miałam pojęcia...

... Proszę Państwa, oto... Marzenie Impotenta!


Jest kilka braków, ale niewielkich w porównaniu do przyjemności płynącej z podróżowania z Sokołowskim po Rosji. Parę błędów merytorycznych na skutek uogólniania, że "W Rosji...". Jak sam autor podkreśla, nie da się poznać tego kraju w całości, ja dodam, że przez to między innymi tu czy tam pewne rzeczy się bardzo różnią, na przykład nie dam nic złego powiedzieć na przeklinane nie tylko przez Sokołowskiego marszrutki, bo moje - moskiewskie - są niezastąpione i o wiele przyjemniejsze niż autobusy/trolejbusy miejskie, całkiem przyzwoite w środku, w żadnym wypadku nie rozklekotane, a narodowość kierowców tylko dodaje orientalnego smaczku podróży (plus dziwną może przyjemność świadomości, że w tym pojeździe to nie ty najgorzej porozumiewasz się po rosyjsku). Takich elementów w książce było kilka, ale nie będę się wgłębiać, bo kiedy przez nie przechodziłam, dystansowałam się do nich w myśl teorii, że "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia".

Ja mam nadzieję, że autor z jakichś powodów nie zaprzestanie swoich podróży po Rosji, było mi niezmiernie miło przeczytać wprowadzenie do moich własnych przyszłych podróży po kraju, w którym mieszkam, i liczę na to, że Sokołowski już szykuje nowe materiały do części drugiej, może w końcu dotrze też na Syberię? Książka wyszła w tym roku, mam nadzieję, że wkrótce pojawi się kolejna. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się Rosją.

Wydawnictwu MG dziękuję za udostępnienie ebooka ;)


Zdjęcie rakiety: własne

sobota, 28 listopada 2015

Moskwa szykuje się na święta

Noworoczna Moskwa w fazie przygotowań. Centrum już prawie gotowe, trwają ostatnie prace dekoracyjne. Niebawem lodowisko przy Kremlu otworzy się dla miłośników łyżew, na razie tylko wygląda jak gotowe, ale jeszcze zamknięte. Za to ruszyły już lodowiska na WDNH i w Parku Gorkiego. Sławna bombka gigant przy Ochotnym Riadzie dziś wieczorem leżała jeszcze w dwóch częściach, niepodświetlona, sam szkielet, ale niebawem będzie już świecić, zachęcając przechodniów do noworocznych zakupów. Mimo tego, że Moskwa jeszcze nie jest w pełni gotowa na święta, już daje się poczuć ten specyficzny klimat, a udekorowane sklepy przepełnione są ludźmi. Dzisiejszy wieczór bardzo chłodny, na minusie, co jednak nie wypłoszyło spacerowiczów z Placu Czerwonego :)






Zdjęcia: własne

poniedziałek, 23 listopada 2015

Barszcz barszczowi nierówny

Rosyjski barszcz ostatnio okrył się złą sławą... Pokazywali go w polskiej telewizji, straszyli, przestrzegali, kazali omijać szerokim łukiem, nie dać się zwieść jego zewnętrznemu urokowi. Tak, o rosyjskim barszczu ostatnio było głośno, ale nie temu barszczowi poświęcony będzie dzisiejszy post! 

... A więc ballada będzie nie o Barszczu Sosnowskiego (zwanym w Rosji "barszczowikiem", porastającym obficie tereny łąkowe potworem-rośliną, który rozrasta się w bardzo szybkim tempie i wygląda trochę jak kwitnący koper wielkości małego drzewa, a jak się go dotknie, to dzieją się straszne rzeczy, których nie polecam oglądać na obrazkach w Internecie), a o tym drugim barszczu, dobrym, a mianowicie Barszczu-Królu Rosyjskich Stołów.

Barszczyk! Mimo że korzenie tej zupy nie są czysto rosyjskie, każdy Rosjanin uważa ją za zupę narodową. Poeci pisali o nim wiersze, klasycy rosyjskiej literatury też poświęcali im miejsce w swoich dziełach. Miliony Rosjan od Syberii, przez Moskwę, po Kaliningrad każdego wieczoru, po dniu ciężkiej pracy, siadają do barszczu, tak jak Polacy do pomidorówki czy ogórkowej (bo rosół to chyba jednak ta zupa odświętna). Każda rosyjska gospodyni musi wiedzieć, jak się gotuje barszcz, bo bez niego nie ma życia, no po prostu bez barszczu ani rusz! Chyba nie ma takiego Rosjanina, co by powiedział: "A ja tam barszczu nie lubię..." - zabrzmiałoby to jak świętokradztwo. Celowo skupiam się na męskiej części rosyjskiej populacji, bo gdzie jak gdzie, ale w Rosji tradycyjny podział ról się bardzo mocno trzyma, czyli: kobiety gotują, mężczyźni jedzą i chwalą... i za jedzenie kochają. Takie powiedzenia jak "przez żołądek do serca" czy "najedzony facet to szczęśliwy facet" etc. w Rosji pasują w 100%.

Rosyjski barszcz różni się bardzo od tego, który jemy na Wigilię w Polsce. Za wschodnią granicą królują gęste i syte zupy, na mięsnym lub rybnym wywarze, z dużą ilością warzyw, kawałkami mięsa, kaszą (np. perłową). Barszcz na sposób rosyjski to właśnie taka gęsta zupa buraczana, z ziemniakami i mięsem. Obowiązkowo dodaje się kapustę - to jest kluczowy składnik, który odróżnia barszcz od ćwiekolnika (czyli barszczu bez kapusty). Zupę podaje się z kwaśną śmietaną lub (także spotykane) z majonezem.

Kiedy opowiadam Rosjanom, jaki barszcz znamy i jemy w Polsce, to wszyscy się dziwią. Dziwią się, że nic w tej naszej zupce nie pływa, ni ziemniaczka, ni kawałka kurczaczka. A na wieść o maleńkich uszkach, pierożkach w stylu pielmieni, z farszem grzybowym, które stanowią dopełnienie dania, tworząc barszcz z uszkami, już w ogóle nie mogą się nadziwić, kto takie coś wymyślił i dlaczego sami o tym nigdy nie słyszeli. I oczywiście chciałoby się spróbować :)


Nasza Babuszka eksperymentuje z zaprawkami do barszczu, bo każdego roku mamy wysyp swojskich buraków, więc jakoś trzeba sobie z nimi radzić. Taka zaprawka to super rzecz, nie jest mi znana szczegółowa receptura, której nie zna nawet sama Babuszka, ale wychodzi z tego supersmaczna zupa i jaka oszczędność czasu! Zaprawka składa się z buraczków, czosnku, zieleni, pomidorów, chrzanu, a dalej to już co autorce w duszy gra. Czyli trzeba tylko dogotować bazę - bulion z mięsa - dodać więcej warzyw, ziemniaki, doprawić na swój smak solą, pieprzem, cytryną, a reszta w domowej roboty słoiczku, który każdy może sobie sam wyprodukować.

A już tej Wigilii pewien Rosjanin zakochany w polskiej kuchni posmakuje legendarnego, znanego póki co tylko z opowieści, barszczu z uszkami...

Zdjęcie: własne 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Wysyp egzotyki na jesiennych moskiewskich rynkach - o hurmie słów kilka

Sezon na hurmę rozpoczęty! :) Ta pomarańczowa słodycz, znana w Polsce i na świecie pod  bardziej popularną, a zarazem niewdzięczną nazwą "kaki", to jeden z pozytywów okresu późnojesienno-zimowego w Rosji, powód, dla którego warto kochać tę mroźną porę roku. Od kilku tygodni na rynkach świecą kosze pełne różnych odmian hurmy - mniejsze, większe, słodsze, z różnych stron świata. Źródła podają, że odmian hurmy jest ponad 700. Moje ulubione to te duże (wielkości dużego granatu, jeśli takie porówanie przybliży rozmiar choć trochę...) i słodkie - 300 rubli za kilogram, ale warto! Przy zakupie hurmy w Rosji trzeba być uważnym, bo sprzedawcy czasem starają się opchnąć ten owoc już w październiku w supermarketach - tak było w tym roku w Billi, cena porażająco niska. A oferowana hurma była... zielono-brązowa. Ciekawe, czy ktoś to kupił.

Hurma idealna powinna być rażąco pomarańczowa, bez plam, twarda. Im bardziej miękka, tym krótszy jest czas na jej spożycie. W lodówce hurmy trzymają się dość długo.

Istnieją różne szkoły jedzenia hurmy. Głównie chodzi o kwestię - ze skórką czy bez? Moje hurmy z rynku najlepiej smakują ze skórką, która nie ma w sobie ani trochę goryczy, przez co owoc nie traci na smaku, a łatwiej się go je, bo nie wyślizguje się z rąk. Kroję na półksiężyce i wcinam.


Hurma w Polsce też od dobrych kilku, kilkunastu lat jest obecna, ale nie w takim stopniu jak w Rosji. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym wysypem tego owocu i, jak już wspomniałam, w najrozmaitszych jego odmianach. I najlepsze sprzedają na rynku, jak dotąd nie spotkałam się z hurmą supermarketową, która by mnie nie rozczarowała.

Niektórzy za nią nie przepadają. Na przykład mój Mąż, któremu na próżno starałam się ją wmusić... :) Twierdzi, że hurma jest bez smaku, coś w stylu słodkiej wody, ni to śliwka (kwaskowatości brak), ni to melon... Ja też nie wiem, do czego ją można porównać, hurma jest po prostu hurmą i swój smaczek ma! Za to ci, którzy jej nie lubią, do rozpuku śmieją się z mojej reakcji na pierwszą hurmę w Rosji - O, kaki!

Bo kaki dla Rosjan kojarzy się bardzo jednoznacznie i nie ma nic wspólnego z owocem...