poniedziałek, 30 marca 2015

Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji (recenzja)

Dzisiaj będzie nietypowo, a mianowicie recenzja. Miałam przyjemność przedpremierowo przeczytać nową książkę autorstwa Anny Wojtachy, która od dzisiaj ukaże się w sprzedaży. Jest to po części reportaż, po części autobiografia, dziennik autorki, dziennikarki, która na co dzień pracuje w Polsce, a Rosja jest dla niej przede wszystkim źródłem inspiracji... niewyczerpanym źródłem historii jej mieszkańców, ich życia, losów, wyborów, jakich dokonują.

I takie odnosi się wrażenie przy lekturze Opowieści z Rosji - podział na dwa światy, Polskę i Rosję, rodzimy kraj to dla autorki przede wszystkim praca, przyziemność, może też przez to trochę nuda, natomiast Rosja to przygoda, coś bardzo ciekawego, tajemniczego, ale na wyciągnięcie ręki, bo wystarczy być otwartym, żeby poznać choć część tej tajemnicy. Wojtacha poznaje Rosję poprzez jej mieszkańców, a wybiera sobie niebanalnych rozmówców, a może należałoby to ująć tak, że to oni stają na jej drodze, a ona po prostu z nimi podejmuje dialog. Nie jako dziennikarz, ale jako człowiek. Bo ona po zakończonej rozmowie nie odwraca się na pięcie i wraca do swojego świata, by opisać ich historie, ale przygarnia ich w pewnym sensie, stają się częścią jej życia, ich zmartwienia to odtąd też jej zmartwienia.

W Opowieściach przewijają się różne postacie, a co historia to ciekawsza, więc książka niesamowicie wciąga, bo każdy człowiek ma w sobie jakąś chęć do podejrzenia czyjegoś życia, choćby podsłuchania, podglądnięcia przez dziurkę od klucza. A tutaj mamy to życie na kartce papieru, i to nie jakaś tam kłótnia sąsiadów o bzdury, tylko prawdziwe ludzkie dramaty, traumy, wybory, ich konsekwencje.

Autorce zazdroszczę przede wszystkim odwagi, trzeba przyznać, że czasem wręcz brawury graniczącej z szaleństwem. Nocne samotne spacery po zakątkach Moskwy, przesiadywanie w tanich knajpach z towarzystwem raczej spod ciemnej gwiazdy i wsłuchiwanie się w ich opowieści, popijając wódkę - wiadomo, że Moskwa nie jest najbezpieczniejszym miastem do życia, a już na pewno nie na nocne spacery w pojedynkę. Ale to jeszcze nic. Kto by odważył się sam wybrać do tajgi czy Mongolii, tak po prostu, z plecakiem i śpiworem? Na pewno niewielu. Wojtacha lubi podróżować sama, bo takie podróże dają jej najwięcej przeżyć, zresztą na swojej drodze zawsze napotyka ludzi, którzy ratują ją z opresji, na przykład wtedy, gdy po nocnej kąpieli w lodowatym Bajkale wylądowała nieprzytomna u miejscowej szamanki, pojona podejrzanymi ziółkami, po których miała niezły odlot. Wojtacha igra z ogniem, ale też żyje przez to pełnią życia.

Życzę autorce tyle samo szczęścia w poznawaniu Rosji, co dotychczas. Bo sposób wybrała sobie bardzo ryzykowny. Ale dzięki temu powstała tak ciekawa książka :-) I nie ukrywam, że czekam na więcej...


Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji, Anna Wojtacha, wyd. Znak, premiera 30.03.2015

Zdjęcie: znak.com.pl

piątek, 27 marca 2015

Z wizytą w Outlet Village Biełaja Dacza

Kiedy usłyszałam, że między Lubiercami a Dzierżyńskim (dokładniej na skraju Lubierc i Kotelników) jest outlet, w dodatku nie w formie oklepanego centrum handlowego, a małego miasteczka, wiedziałam, że prędzej czy później się tam pojawię. I tak w ubiegły weekend wybraliśmy się z Mężem do Outlet Village Biełaja Dacza, trochę pozwiedzać, trochę dla moich celów badawczych, a wiadomo, trochę na zakupy, w końcu to outlet i można coś złowić przy okazji.

Pogoda tego dnia bardzo nas oszukała, bo w Lubiercach było w sam raz na wiosenną kurtkę, ale gdy dojechaliśmy na miejsce, to nas zmroziło, jakby przez te 40 min drogi temperatura spadła o jakieś 5 stopni. W dodatku nie było szans na ogrzanie się w outlecie, bo przecież, jak wspomniałam, nie było to oklepane centrum handlowe, tylko miasteczko przecen :D A więc czekał nas spacerek po tym ziąbie.

Outlet wygląda na prawdę pięknie, w Rosji nie spotyka się takich starówek jak w Polsce, dlatego mojemu Mężowi stylizacja outletu przypomina właśnie gdańską czy toruńską starówkę (z przymrużeniem oka, wiadomo). Na środku stoi nawet cerkiew.

Szybciutko o cenach i przechodzę do zdjęć. Niestety w tej kwestii się bardzo zawiodłam. Nie byłam nigdy w rosyjskim outlecie, ale nawet Mąż był zdziwiony cenami. Poszły w górę od jego ostatniej wizyty bodajże 2 lata temu. Teraz jest to outlet wyższej klasy, dla bogatych, i takich też spotyka się tam klientów: dziwnie (kontrowersyjnie) ubrane damy, biznesmanów, którzy chcą ubierać się u Gucci'ego i Armani'ego, ale nie za 70 tys., a za 50, czyli tacy bogaci, ale oszczędni. Są też sklepy z tańszymi markami, np. Lacoste, gdzie kiedyś męskie polo można było dostać za 2 tys. (cena w normalnym sklepie powyżej 4), a teraz to samo jest już za minimum 4 w outlecie.

Torebki poniżej 2 tysięcy i ładnej nie znalazłam, choć sklepów z torebkami były tam krocie. Przymierzam się do internetowych zakupów, już nawet znalazłam coś fajnego i na moje standardy ;)


Podsumowując, polecam zakupy w Outlet Village przede wszystkim tym, którzy sporo zarabiają, lubią markowo się ubierać, a przy tym trochę zaoszczędzić. Mniej zamożnym też polecam choć raz zajrzeć na tą "starówkę przecen", bo jest tam ładnie, tak inaczej, a i wiele nowych sklepów się otwiera, są restauracje, plac zabaw.

A tak to wygląda:

Wszystko na temat dojazdu z i do outletu
Metro Kuźminki - Outlet
Outlet - Metro Kuźminki
Autobus co 15 min


Drogie marki, nawet outlet CUM-u



Kawka, herbatka, fast food


Wspomniana cerkiew






Wiele sklepów dopiero czeka na otwarcie






wtorek, 24 marca 2015

Sajany, zagadkowy napój ze szczodrakiem krokoszowatym

Kiedy Mąż przynosi mi kolejny rosyjski napitek do spróbowania, niemal zawsze gdy tylko zaczynam czytać skład, pojawia się problem. Wczoraj tym problemem była zagadkowa leuzea występująca w składzie napoju gazowanego Sajany. Zaczęliśmy szukać w internecie i natrafiliśmy na równie zagadkowy i śmiesznie brzmiący szczodrak krokoszowaty, który mówił mi tyle co leuzea.

Okazuje się, że leuzea to roślina od bardzo dawna wykorzystywana we wschodniej medycynie ludowej. Źródła podają, że stosowana jest do celów leczniczych od co najmniej 300 lat. Rośnie w rejonach górskich na Syberii, w górach Sajany (stąd nazwa) i Ałtaj, na wysokości powyżej 1700 m n.p.m. Pierwszy preparat z leuzei (w formie nalewki) trafił do aptek około 1955 roku.

Działanie szczodraka krokoszowatego:
  • środek pobudzający i wzmacniający układ nerwowy
  • pomocny w leczeniu alkoholizmu
  • wspomaga zdolności rozrodcze
  • działa odprężająco w stanach zmęczenia fizycznego i psychicznego
Sajany to napój na bazie wody artezyjskiej i soku cytrynowego z domieszką wyciągu z leuzei. Szukając danych o nim, wszędzie napotykam informację, że Sajany jest na bazie soku mandarynkowego, jednak w składzie tego, który ja piłam, nie ma nic o mandarynkach - jest sok cytrynowy, więc albo producent zmienił skład, albo sok mandarynkowy jest powtarzającą się na różnych stronach internetowych plotką.

W smaku Sajany jest lekki, orzeźwiający, nie za słodki i z tą nutką czegoś tajemniczego dla europejskiego podniebienia, bo leuzea ma specyficzny, niepowtarzalny smak. Jeśli Bajkał porównywałam do coca coli (jako coś podobnego, ale o niebo lepszego od niej), to Sajany można porównać do wyższego stadium sprite'a. Kolor niemalże przezroczysty, w składzie oczywiście cukier i inne klasyczne "przyprawy", więc lepiej się nim nie opijać (choć przyznam, że ciężko wypić tylko szklaneczkę).

Na butelce widoczny bohater tego posta, czyli szczodrak krokoszowaty/leuzea.


niedziela, 22 marca 2015

Bajkał, rosyjska coca-cola

Przedstawiam kolejny popularny w Rosji (od czasów radzieckich) napój, który w zamyśle miał być próbą wyprodukowania własnej narodowej coca-coli. Rosyjski instytut naukowy otrzymał rządowe polecenie - wyprodukujcie naszą własną coca-colę!- i tak się stało. Bajkał wprawdzie przypomina kolorem i smakiem colę, ale jest o wiele lepszy, bo pijąc go, odkrywamy kolejne nuty smakowe: aloes, eukaliptus, cytryna, czarna herbata, kardamon. Jest ziołowy, ale nie za bardzo, raczej subtelnie. Nie polecam jednak traktować go jako napoju leczniczego, bo jest słodzony, również nie brak w nim konserwantów, ale jako zamiennik coli jak najbardziej. Już sobie wyobrażam, jak smakowałaby whiskey z bajkałem, przy najbliższej okazji wypróbuję :-)

A o innych rosyjskich napitkach, wyskokowych i nie, TUTAJ.


środa, 18 marca 2015

Pobyt tymczasowy w Rosji - egzamin na RVP

Powiało grozą, na drzwiach od klatki wisi kartka, że dziś w godzinach 9-16 nie będzie prądu. Spierałam się z mężem, że NA PEWNO chodzi o przerwę w dostawie prądu na chwilę, a nie przez 7 godzin, no bo co przez tyle czasu mieliby robić, na wszelki wypadek zaplanowałam sobie dzień bez prądu, ale na szczęście wyszło na moje. O 9.30 wyłączyli prąd, o 10 włączyli :-)

EGZAMIN NA RVP (pobyt tymczasowy w Rosji)

A więc od początku. Co to jest RVP i komu to potrzebne. Jeździć do Rosji możemy na wizach, póki nie zachce nam się pobyć tutaj dłużej (legalnie). RVP to dokument uprawniający nas do tymczasowego pobytu (3 lata) w Rosji na takich samych prawach jak obywatele tego państwa (pomijając oczywiście prawa przysługujące tylko im, tj. aktywność polityczną, wstąpienie do policji etc. wymienione w aktach normatywnych). A więc RVP umożliwia nam 3-letni pobyt w Rosji oraz staranie się tutaj o pracę. Do niedawna, aby otrzymać pozwolenie na pobyt tymczasowy, wystarczył komplet dokumentów, jednak od początku tego roku do formalności związanych z wyrabianiem RVP doszło między innymi posiadanie certyfikatu znajomości języka, historii i prawa Rosji w stopniu podstawowym.

Przyznam szczerze, że kiedy się o tym dowiedziałam, wpadłam w panikę. Swoją znajomość języka określiłabym jako podstawową, z testem z rosyjskiego bym sobie poradziła, ale jak ogarnąć podstawy prawa i historii, a przede wszystkim jak poprawnie złożyć odpowiedź na zadane pytanie, w stylu: Jakie są prawa małżonków według ustawodawstwa Federacji Rosyjskiej? Jakie jest różnica pomiędzy taką umową o pracę a taką? Tutaj już podstawowa znajomość języka nie wystarcza.

Uczyłam się jak głupia, w internecie znaleźliśmy przykładowe pytania na egzamin, co mnie trochę uspokoiło, ale jak spojrzałam na odpowiedzi po 5-10 linijek każda, gdzie połowy słów nie rozumiem, to znowu ogarnął mnie strach. Zaczęłam wkuwać różne dziwne pojęcia, sformułowania, tak żeby móc złożyć zdanie, potem te długie dziwne wyrazy wciąż huczały mi w głowie, kiedy starałam się zrobić sobie przerwę, były okresy zwątpienia, zdziwienia, niedowierzania - jak oni mogą?!, w końcu się wkurzyłam i zarządziłam, że w weekend idę to zdawać - spróbuję, albo zdam, albo nie zdam, bo jak jeszcze tydzień z tym posiedzę, to zwariuję.

Sobota, godzina 10. Umówiona na egzamin. Koszt - 5500 rubli. Miejsce - Szkoła Językowa НОЧУ ДО «ЛИНГВИСТИЧЕСКИЕ СЕЗОНЫ» w centrum Moskwy. Piąte piętro. Było nas 10 osób, oprócz mnie ludzie z Armenii, Mołdawii, sporo Ukraińców, dwóch Tadżyków, którzy przyszli na egzamin nie do RVP, ale już VNŻ (vid na żytielstwo, kolejne stadium pobytu w Rosji po RVP, dostaje się na 5 lat), choć sprawiali wrażenie, jakby nic a nic nie rozumieli, słabo mówili, w ogóle nie bardzo ogarniali. Egzaminatorka wysłała mojego męża z workiem kasy do banku, a my zasiedliśmy przy okrągłym stole do egzaminu. Przysiadła się do mnie Ormianka, która już wcześniej mnie obserwowała, i zżynała ode mnie przez cały egzamin.

Egzamin składał się z kilku części, na każdą z nich przeznaczony był konkretny czas, wszyscy robili jedną część, oddawali kartkę, potem kolejną itd. Najobszerniejszy był egzamin z rosyjskiego: gramatyka, leksyka, czytanie ze zrozumieniem, pisanie, słuchanie. Potem pytania z historii i prawa, na szczęście cały egzamin był w formie testu wyboru jednej poprawnej odpowiedzi z podanych trzech wariantów. Okazało się, że nie było czego się bać, poziom był łatwy, a i moja znajomość języka okazała się większa, niż myślałam - nie miałam problemu ze zrozumieniem czegokolwiek, zarówno poleceń, pytań, jak i objaśnień egzaminatorki. Całość zajęła 2 godziny, a wynik był już wiadomy po pół godzinie. Na certyfikat czeka się 10 roboczych dni.

A więc jeśli czeka was wspomniany egzamin, nie bójcie się! Poszukajcie w internecie pytań i odpowiedzi, poczytajcie to parę razy, bez wkuwania, parę dni i jesteście gotowi. To wariant dla ambitnych, bo jestem pewna, że z grona zdających w sobotę ja jako jedyna byłam przygotowana, reszta przyszła na spontanie, a pewnie i tak zdadzą, niezależnie od ilości popełnionych błędów - takie mam przeczucie, bo kiedy ktoś zapytał egzaminatora, czy zdarzyło się, żeby ktoś tego nie zdał, zapadła dziwna cisza, po czym padła bardzo niejasna i pokrętna odpowiedź. Raczej chodzi tu o te 5.5 tysiąca.

Od sobotniego popołudnia chodzę prawie unosząc się nad ziemią, wróciła radość życia, pewność siebie i wena, mam nadzieję, że ten post pomoże potrzebującym nie przejmować się tym testem tak bardzo jak ja :-)

poniedziałek, 16 marca 2015

To jest Rosja i nie ma zmiłuj! Emigracyjne opowieści

Za oknem słońce, temperatura i pogoda robią sobie żarty (zupełnie jakby był już kwiecień-plecień, a to dopiero połowa marca), a na mieście coraz częściej spotyka się dziwnie ubranych ludzi - niby jeszcze w zimowych kurtkach, a już z gołymi kostkami (rosyjski trend spotykany także zimą), babuszki opatulone w kurtki, czapki i szaliki, a tuż obok młodzież pomykająca w t-shirtach i shortach. Tutaj nie obowiązują żadne zasady odziewania się, każdy chodzi jak chce, nikt się nie przejmuje, że inni będą się gapić. Pomijając kwestie estetyczne, jestem pełna podziwu dla tych, którzy czują już lato, gdybym ja ubrała się już chociażby w wiosenną kurtkę i poszła na spacer, za chwile znowu wylądowałabym w łóżku na tydzień z nawrotem dopiero co wyleczonej choroby. No właśnie, okna myłam nie w koszulce, a swetrze i szaliku, a i tak mnie dopadło. Pewnie to część tak zwanego aklimatyzowania się, z czasem może sama o tej porze roku będę pomykać po Moskwie z gołymi nogami, na razie się jednak wstrzymam i ubierać się będę po polsku :-)

Zaczyna się właśnie trzeci tydzień mojego pobytu w Rosji. Pierwsze koty za płoty, było przeziębienie, dziwne zachowanie sąsiadów (osiedlowy gang babuszek z bardzo krzykliwą liderką) komentujących pod oknem przyjazd nowych mieszkańców, byli pierwsi goście, pierwsze moje samotne wyjścia to tu, to tam, żeby się oswoić sam na sam z okolicą. I najważniejsze wydarzenie tych trzech tygodni - egzamin na RVP (RVP to pobyt tymczasowy w Rosji na 3 lata). W sumie dzisiejszy post miał być głównie o tym egzaminie, bo (jeśli znowu czegoś nie zmienią, ale wątpię, bo to dodatkowe parę tysięcy od każdego imigranta) czeka on każdego, kto będzie chciał się ubiegać o pobyt w Rosji, ale czuję, że przełożę to na jutro :-)


Wczoraj temperatura była bardzo wysoka jak na marzec, ponoć ciśnienie atmosferyczne było rekordowe (w tym roku w Moskwie było już kilka rekordów pogodowych). A my akurat tego dnia odbywaliśmy koszmarną podróż autobusem z Lubierców (albo Lubiercy, jeszcze nie ogarnęłam, jak odmieniać nazwę mojej podmoskiewskiej miejscowości) do Dzierżyńskiego. Całą drogę na stojąco, ludzi mnożestwo (oho, już rosyjskie słówka cisną mi się na usta - to dobry znak!), jeszcze konduktorka przepychająca się pomiędzy tłumem praktycznie po każdym przystanku, wszystkie okna pozamykane, zablokowane, klimatyzacji niet, do tego zimowa kurtka - jak w bani! Ludzie zaczęli robić się nerwowi, wiercić się, wzdychać, potem pomrukiwać, wreszcie krzyczeć na kierowcę, żeby coś zrobił, bo się udusimy. Wywiązał się prawdziwy rosyjski skandal! Korek był niesamowity, autobus poruszał się w tempie ślimaka, ludzie w końcu znaleźli w pojeździe jakiś otwór, który dał się otworzyć, i byliśmy uratowani! Podróż była więc niecodzienna, ostatnim razem w takich warunkach podróżowałam za czasów studenckich w Gdańsku, jak robili tory na Ujeścisku. Warunki bardzo podobne, tyle że skandalu nie było, ludzie zaciskali zęby i toczyli swój kamień niczym Syzyf. Na tym prostym przykładzie można zobaczyć jedną z różnic pomiędzy Polakami i Rosjanami - Polak nic nie powie, tylko zaciśnie zęby i pocierpi, a Rosjanin kiedy może, robi awanturę i pokazuje, co i jak bardzo mu się nie podoba. Koniec końców też pocierpi, ale nie po cichu... :-)

Z tymi awanturami była jeszcze jedna sytuacja w tym samym autobusie. Scena znana chyba każdemu z nas: głośna rozmowa telefoniczna w miejscu publicznym. Ileż razy wywracałam oczami w tramwajach, autobusach, na przystankach w Polsce, kiedy mimowolnie podsłuchiwałam niecenzurowane rozmowy, tak obrzydliwe i tępe, aż nóż się w kieszeni otwierał. Nigdy jednak nie zwróciłam nikomu uwagi, żeby ciszej gadał albo zamilkł (ze strachu, nie chciałam dostać w łeb). A tu we wspomnianym autobusie-bani siedzi sobie pani i coś zasięg nie łapie i: 
- AŁOOOOO!!! AŁOOOO??? WANIA???? TY DOMA??? AŁOOOO!! JA W AWTOBUSIEEEE!!! NIE SŁYSZUUU!! AŁOOO!!! JA W AWTOBUSIE!!!

Długo czekać nie trzeba było, żeby wywiązał się z tego następny skandal :-D Jedna podróż, a tyle wrażeń!

Pora zmykać do obowiązków, a następnym razem (chyba) będzie bardziej na serio, w końcu egzamin na RVP to poważna rzecz... O czym przekonacie się niebawem ;)

Zdjęcia: internet

piątek, 6 marca 2015

Dzień Kobiet w Rosji cz.1

W niedzielę 8 marca, Międzynarodowy Dzień Kobiet, który w Rosji jest jednym ze świąt, na które przysługuje dzień wolny od pracy. A że w tym roku przypada ono w niedzielę, to wolne jest w poniedziałek. Rosjanie przywiązują bardzo dużą wagę do tego dnia, życzenia i prezenty darują nie tylko mężczyźni i dzieci kobietom, ale też kobiety sobie nawzajem. A podarki to często nie tylko symboliczny kwiatek, ale coś o wiele droższego, ci, których stać, nie szczędzą rubli na najdroższe zachcianki swoich kobiet.

O wadze Dnia Kobiet w Rosji świadczy również ilość reklam w telewizji dotyczących tego świętaa. Zastanawiam się, czy nie jest ich więcej niż noworocznych. Niektóre kanały telewizyjne serwują nawet specjalny program na ten dzień. Założę się, że w sklepach będą dawać świąteczne reklamówki "z okazji 8 marca".

Zdjęcie: Życzenia na Dzień Kobiet znalazłam przypadkowo na ściereczce kuchennej :-)


Mój 8 marca stoi pod znakiem zapytania, bo jesteśmy zaproszeni w gości, ale dopadło mnie prawdziwie rosyjskie przeziębienie, naprawdę, rzadko choruję, a takiego silnego to dawno nie miałam. Przy okazji testuję rosyjskie leki na przeziębienie, bardzo drogie (rzekomo najsilniejsze tabletki na przeziębienie, 6 sztuk, 1 dziennie, po nich są już antybiotyki, plus tabletki na gardło - ok. 900 rubli, czyli z 50 zł), miałam nadzieję, że chociaż skuteczne, ale jak na razie efektów brak.

środa, 4 marca 2015

Pierwsze dni na emigracji

I stało się... wyemigrowałam! Ostatnie półtora miesiąca było trudne, pracowite i nerwowe, formalności związane ze zmianą nazwiska okazały się nieco problematyczne, bo ni z tego, ni z owego odmówiono mi... przełożenia wizy (ważnej jeszcze pół roku!!) do nowego paszportu. A dzwoniłam zawczasu, pytałam... po to, żeby właśnie takiej sytuacji uniknąć. A centrum wizowe głupio tłumaczyło się, że akurat wtedy, kiedy ja złożyłam papiery... zmieniło się prawo! Taaa...
Tak jak z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, tak i ja musiałam wyrobić nową wizę, mając świadomość, że jeszcze coś może się wydarzyć i albo będzie wiza, albo nie będzie. I tym razem skorzystałam z usług pośrednika. Poskutkowało i 3 dni przed wylotem dostałam wizę.
Jeśli będę pisać wszystko po kolei, to zrobi się z tego nowela, więc już w zupełnym skrócie: zabrałam kota, część swojego "dobytku" i poleciałam. Na szczęście mogłam liczyć na Męża, który po mnie przyleciał do Polski, było na pewno raźniej i mniej nerwowo, choć przy kontroli bezpieczeństwa był pewien problem (o tym innym razem). Podróż minęła normalnie, LOT nie podaje już darmowej herbatki :( W Moskwie przy kontroli paszportowej jakaś zmiana, bo karty migracyjne wydawali przy samym okienku i zadrukowane, a okres mojego pobytu kończy się w dniu utraty ważności wizy, czyli... za rok. Nie wiem jak to interpretować, w końcu i tak jak najszybciej złożę papiery na RVP (pobyt tymczasowy). Jak tylko obkuję się do egzaminu z języka, podstaw prawa i historii Rosji... ja to mam szczęście, akurat od 1 stycznia tego roku służby migracyjne wymyśliły sobie obowiązkowe certyfikaty do RVP, oczywiście nie za darmo :)

W Rosji wiosna zaczęła się 1 marca, ale wiosennie to nie jest. Wprawdzie ptaki śpiewają, czasem zaświeci słońce, ale jest mróz albo niewiele na plusie, a dziś jak szłam do sklepu, padał śnieg. A w telewizji lecą reklamy w stylu zacznij przygotowywać swoją daczę na sezon.

A mi pierwsze dni na emigracji mijają pod znakiem oswajania przestrzeni: obserwowania okolicy i sąsiadów, sprzątania mieszkania po mojemu, rozpakowywania pakietów na start od rodziny z obu stron (wielkie Wam dzięki za wszystko!), dodawania duszy temu miejscu, które przed nami stało smutne i puste, zakurzone. Myślę, że rozumiecie o co chodzi.

Mam dużo więcej do pisania, ale robota goni :) Oswajanie przestrzeni trwa...

Bo kot to już znalazł swoje ulubione miejsce :)