wtorek, 28 kwietnia 2015

Majskie prazdniki 2015

Do podmoskowia zawitało lato. Jeszcze nie tak dawno (bodajże tydzień temu) zamieszczałam na fanpejdżu zdjęcia śnieżnych zamieci, a dziś od rana świeci słońce, śpiewają ptaszki, drzewa w końcu wypuściły pączki. Pogoda w sam raz na krótki rękaw, dlatego na ulicach widać już pierwszych porozbieranych, a że krótki rękaw to norma, wielu chłopaków świeci po prostu gołymi plecami, chłonąc pierwsze promienie tegorocznego słońca. W domu ciężko wytrzymać, bo, wyobraźcie sobie, grzejniki nadal grzeją, i to pełną parą!

Zbliżają się majowe święta, czy też jak kto woli - majskie prazdniki. Moskwicze szykują się na dacze, żeby tam przy szaszłyku, torcie i wódeczce "odpraznować" (odświętować) swoje. Początek maja to dla wielu Rosjan jedne z najdłuższych, obok Nowego Roku, świąt, bo wygląda to tak:

Początek maja w Rosji
1 maja (pt.) - prazdnik wiesny i truda, czyli święto wiosny i pracy
2-3 maja (sob., nd.) - weekend
4 maja (pon.) - dzień wolny za 4 stycznia

5-6-7 maja (wt., śr., czw.) - dni robocze

8 maja (pt.) - skrócony, "przedprazdniczny" roboczy dzień
9 maja (sob.) - Dzień Pabiedy, czyli zwycięstwa w II wojnie światowej. W tym roku okrągła, 70. rocznica.
10 maja (nd.) - weekend
11 maja (pn.) - dzień wolny za Dzień Pabiedy, który przypadł w sobotę

Nie trudno się domyślić, że na te parę dni roboczych pomiędzy świętami wielu bierze urlop, powiedziałabym nawet, że większość. I takim sposobem otrzymujemy 11 wolnych dni. Jeśli nie na daczy, Rosjanie spędzają je np. na zagranicznych wycieczkach, w tym do Polski. Pamiętam, że rok temu bilety lotnicze do Polski na majowe "wychodne" były okropnie drogie, a i tak wszystkie poszły.

Najbardziej oczekiwanym, a potem świętowanym jest Dzień Pabiedy. Na mieście już dawno wiszą plakaty, billboardy "Z Dniem Pabiedy", Rosja bardzo hucznie obchodzi rocznicę zwycięstwa w wojnie (bo bardzo się tym chlubi), świętują wszyscy i każdy z osobna. I nie ważne, co dzieje się w polityce, kto ze znamienitych osobistości na paradę przyjedzie, a kto nie - Rosjanie będą świętować jak co roku, bo dlaczego mają nie świętować? Zwyczajni Rosjanie, w domach i na ulicach, przy torcie i przy wódce, w lesie pod namiotami, przy szaszłykach i śpiewach.

W samej Moskwie w maju będzie się dużo działo, szykuje się między innymi kilka wystaw dotyczących II wojny światowej. Warto też odwiedzić WDNH, Park Gorkiego, okolice placu Czerwonego i Patriarsze Prudy - tam na pewno nie będziecie się nudzić.

Jadąc marszrutką, natrafiłam na takie graffiti, raczej nie tegoroczne. Podobnych jest wiele, w różnych częściach Moskwy i podmoskowia.


Wszystkim świętującym życzę jak najbardziej rosyjskiego świętowania :-) Żeby było hucznie, smacznie i dużo, ale bez kaca na drugi dzień.

środa, 22 kwietnia 2015

Geograf przepił globus (recenzja)

Od jakiegoś czasu film ten obijał mi się o uszy to tu, to tam, że fajny, że warto, w końcu postanowiłam sama się przekonać, bo i tytuł mnie zainteresował, sugerując, o czym rzecz. I rzeczywiście - film jest o pijaństwie. Pijaństwie, które jest sensem życia. Ale wbrew pozorom nie jest to klasyczna historia człowieka, który krok po kroku idzie na dno, zatracając po drodze wszystko, co ludzkie. Jest to obraz dość dziwny, który określić można jako "historię dobrego pijaka". Bo choć bohater jest "menelem z wyższych sfer" i przeważnie chodzi pijany,  potrafi opanować się przed czymś o wiele gorszym, do zrobienia czego niektórzy faceci wcale nie potrzebują być alkoholikami, o czym się słyszy (i nie słyszy) na całym świecie codziennie.

Do rzeczy - dla tych, którzy Geografa nie oglądali. Bohaterem jest Wicia, facet w średnim wieku, żonaty, ma córkę. Wicia dostaje pracę w szkole, wprawdzie jego wykształcenie więcej ma wspólnego z biologią niż geografią, ale tak się złożyło, że szkoła potrzebuje geografa, on potrzebuje pracy, "poczytam trochę, podszkolę się", no i otrzymuje umowę, choć dyrektorka od razu poznała, że facet ma problemy z alkoholem.
Praca okazuje się niewdzięczna, uczniowie - młodzież - koszmarni, pan geograf już wcześniej w filmie popijał z kolegami, ale teraz zaczyna chlać. Bo stres w pracy, bo w domu nie lepiej - żona się czepia, że za mało zarabia, mówi, że go nie kocha, nie pragnie, prosi, żeby spał w drugim pokoju. A on nic, bierze poduszkę i grzecznie się wynosi. Później pojawia się bogaty przyjaciel Wici, który często do nich przychodzi, zakochuje się w żonie kolegi, romans zaczyna kwitnąć, a Wicia nic, sam popycha żonę w objęcia bogatego kolegi. Wicia tak nie do końca nic, bo w międzyczasie wlewa w siebie litrami wódkę. I naucza geografii w szkole jednocześnie. Jego metody pedagogiczne budzą wątpliwości, ale oglądając, nie odczuwa się jakiejś specjalnej odrazy, nawet myśli się, że robi dobrze, bo na takich uczniów metody są odpowiednie, może nauczą się rozumu. W każdym razie Wicia próbuje być dobrym nauczycielem, chociaż to, bo małżeństwo mu nie wyszło, a w ogóle z kobietami ma jakiś problem, bo poderwał nauczycielkę niemieckiego, bardzo się starał, a kiedy się udało, to chyba mu się odwidziało... Żonę zdradził później z kimś innym, jakąś koleżanką, kiedy w jej mieszkaniu lepili pielmieni. I to też ona go zmusiła, a nie że w nim obudziła się jakaś namiętność.

Dużo się dzieje w tym filmie i może nawet dałabym radę to opisać, ale komu chciałoby się to czytać? Film trwa ponad 2 godziny i warto go obejrzeć, bo jest po prostu ciekawy. Kilka słów kluczy, określających tematykę Geografa, to: pijaństwo, rezygnacja, pasywność, moralność, sens życia. Nie podoba mi się wizerunek kobiety wyłaniający się z filmu, już nie pierwszy raz widzę taki schemat, że jak w Rosji na jednego mężczyznę przypada kilka kobiet, to na każdego faceta rzuca się ich przynajmniej pięć, gotowe są bić się za niego, wydrapać sobie nawzajem oczy, nie ważne, że zdradza, ważne, żeby zdradzał akurat ją, a nie inną - nie rozumiem. I jeszcze kobieta materialistka, też ten obraz mnie zewsząd atakuje, jak mąż mało zarabia, to trzeba sobie poszukać innego, po drodze oczywiście wydrapując oczy paru innym kandydatkom. Bardzo te stereotypy podkreślają w rosyjskich serialach i filmach.

Wicia kończy źle, bo wywalili go ze szkoły, ale nie tragicznie - nikogo nie zabił swoim postępowaniem, choć naraził uczniów na niebezpieczeństwo, nikogo nie pohańbił (uczennica, która za wszelką cenę starała się go uwieść, nie podołała), wyszedł z tego, będąc zwyczajnym sobą, i nie wiemy, czy będzie dalej pił czy nie. Ale po tych dwóch godzinach z nim raczej mamy pewność, że jego życie nie wkroczy na nowe tory, nie weźmie losu w swoje ręce i nie wybije się na wyżyny swoich możliwości. Bo Wicia jest po prostu leniwy i nic mu się nie chce, no tak, chce mu się tylko pić. W ostatniej scenie ktoś pyta go, czy znalazł pracę, Wicia mówi, że tak, a gdzie? - nieważne. Córka pyta tatusia: a co jest ważne? A tato: ważne, że tatuś teraz chce zapalić papierosa. Ot filozofia życia.

Kto jeszcze nie oglądał - polecam! Gdzieś w Internecie można znaleźć ten film online z polskimi napisami.
Film jest na podstawie powieści A. Iwanowa  Географ глобус пропил.

Zdjęcie: Internet

czwartek, 16 kwietnia 2015

Z kotem do Rosji - formalności

Załóżmy, że chcecie zabrać swojego pupilka, w tym przypadku kota, w podróż do Rosji albo przeprowadzacie się i chcecie go zabrać ze sobą - tak jak ja. Jest kilka rzeczy, o których powinniście wiedzieć, oraz komplet formalności, których należy dopełnić, aby szczęśliwie dowieźć zwierzątko do celu bez nieoczekiwanych kosztów i nerwów.

Mikrochip - aby zwierzę mogło otrzymać paszport, musi mieć najpierw wszczepionego mikrochipa

Paszport - taka niebieska książeczka, dokument uprawniający pupila do podróży, zawiera informacje o chipie, podstawowe info o zwierzęciu i jego właścicielu, szczepieniach, braku przeciwwskazań do odbywania podróży

Szczepienie na wściekliznę - obowiązkowo

Odnowiony komplet szczepień - ponoć nie jest obowiązkowy, ale warto zatroszczyć się o aktualne szczepienia przeciw chorobom zakaźnym

Transporter spełniający wymogi przewoźnika - są dwie możliwości przewozu zwierząt: na pokładzie samolotu (czyli z nami, pod siedzeniem) oraz w luku bagażowym. Przy sobie można mieć zwierzę, którego waga razem z transporterem nie przekracza 8 kg. Jest jeszcze jedno ograniczenie - transporter przeznaczony do przewożenia zwierzęcia przy sobie ma dość małe rozmiary, które zaczynają się od 45/30/20 (przeważnie są to loty krajowe samolotem typu Bombardier, np. kiedy lecimy do Rosji z przesiadką w Polsce), kończąc na 55/40/20. Dla większych zwierząt podróż w takich małych transporterach będzie więc niewygodna albo niemożliwa. Można troszkę nagiąć wymiary czy wagę, co wiele razy już mi się zdarzyło i nie było za to żadnych konsekwencji, ale bez przesady. Chodzi o to, żeby transporter z pupilem zmieścił się pod siedzeniem w samolocie. Nie warto sobie też zawracać głowy kupnem specjalnego pojemnika do przewożenia zwierzęcia na pokładzie samolotu, wybór tego produktu jest niewielki, a sam transporter jest niewygodny i niepraktyczny. O wiele lepiej sprawdzi się transporter w formie takiej materiałowej torby-domku, coś w tym stylu:

Drugi sposób przewozu zwierzęcia samolotem to umieszczenie transportera ze zwierzęciem w luku bagażowym. Na ten temat wiele nie wiem, na szczęście mój kotek był ze mną na pokładzie, ale jedno jest pewne - w luku bagażowym transporter musi spełniać pewne wymogi, mianowicie - być dostatecznie swobodnym, sztywnym, z pojemnikiem na wodę i pożywienie. W Internecie można znaleźć wiele takich transporterów, zwróćcie uwagę, aby miał on certyfikat IATA.

Szelki i smycz - przed podróżą lepiej założyć pupilowi szelki i smycz, bo niestety przy kontroli bagażowej (po odprawie) trzeba wyjąć zwierzę z transportera i przejść z nim przez bramkę (transporter w tym czasie idzie przez prześwietlenie). Dla wielu będzie to najbardziej stresujący moment podróży, bo zwierzęta różnie reagują, niektóre wyrywają się, drapią, bronią, po prostu nie wiedzą, co się dzieje i wpadają w panikę, tym bardziej że wokół często jest pełno obcych ludzi, dźwięków, zapachów. Warto więc mieć szelki i smycz, bo przynajmniej mamy pewność, że kotek nam nie ucieknie. Ja bym się bez nich nie obyła, choć i z nimi było gorzej niż źle, ale - było, minęło :)

Wybór rejsu i opłata za usługę kot na pokładzie - bardzo ważna rzecz, na pokładzie samolotu w trakcie jednego rejsu może przebywać tylko jedno zwierzę! Więc aby móc polecieć z kotem, należy najpierw dowiedzieć się, czy na danym rejsie ktoś już zarezerwował miejsce dla zwierzęcia. Dopiero po tym można kupić bilet sobie i dodać do niego kota - żeby uniknąć sytuacji, w której okaże się, że ktoś już leci ze zwierzęciem i my nie możemy. Koszt przewozu zwierzęcia na pokładzie to około 50 euro, +/- 200 zł. Oprócz tego przysługuje nam normalny bagaż podręczny i reszta, kot jest usługą całkowicie dodatkową i nie odbiera nam żadnych praw bagażowych. Czyli można mieć jednocześnie transporter z kotem, bagaż podręczny do 8 kg i np. torbę z laptopem albo torebkę.

WSZYSTKIE PODANE WYŻEJ INFORMACJE DOTYCZĄ PRZEWOŹNIKA PLL LOT, PAMIĘTAJCIE, ŻE KAŻDY PRZEWOŹNIK MA SWOJE WYMOGI, NIEKTÓRZY W OGÓLE NIE OFERUJĄ PRZEWOZU ZWIERZĄT!

Jeśli nie liczyć tej kontroli, to nam podróż z kotem przebiegła bez problemu, nikt się o nic nie pytał, nie czepiał, koci paszport pokazałam tylko przy odprawie, sprawdzono też, czy usługa jest opłacona - i tyle. Potem kontrola - stres - i potem już nic, kot też był cichy i spokojny, bo nikt nie zmuszał go do wyjścia z bezpiecznej kryjówki. Bardzo mnie zdziwiło, ale na plus, że po wysiadce w Moskwie i podczas kontroli paszportowej nikt się nie interesował moim kotem, więc spokojnie mogliśmy udać się do domu.

A potem to już tylko oswajanie... oswajanie... oswajanie :-)
Mojemu kotu bardzo podoba się w Rosji, ale najlepsze jeszcze przed nim - w maju pojedzie z nami na daczę. Rosyjska rodzina mówi zgodnie, że Bubcuś nie wygląda jak kot Rusek, mam nadzieję, że koty na daczy (Busia i Tisza) są jednak ponad podziałami i znajdą z nim wspólny język ;-)


środa, 8 kwietnia 2015

Która kasza najzdrowsza? Rosyjski ranking kasz

W Rosji kasza jest jednym z głównym produktów stanowiących podstawę żywienia przeciętnej rodziny (zaraz po kartoszce). Kasza dla Rosjan to nie tylko kasza gryczana, jęczmienna czy manna, ale np. ryż (kasza ryżowa) i owsianka, a także suszony groch (kasza grochowa) - co na przykład mnie zaskoczyło. Przyrządza się ją i na słono, i na słodko, gotuje się, zapieka, serwuje jako dodatek do dania lub samo danie główne, okraszone np. sosami.
Przeglądając rosyjski Internet, trafiłam na ranking kasz, z którego możemy się dowiedzieć, która kasza jest najzdrowsza, a której należy się wystrzegać. Oto i on:

I. KASZA GRYCZANA - ma najwięcej witamin. 120 kcal/100 g

II. OWSIANKA - zdrowa i smaczna, można z niej przyrządzić ogromną ilość potraw, upiec ciasto, ciasteczka. 160 kcal/100g

III. KASZA PERŁOWA - najładniejsza, "kasza krasoty", czyli kasza piękności. 88 kcal/100g

IV. KASZA GROCHOWA - czyli suszony łuskany groch, z którego w Rosji przyrządza się nie tylko zupę. 80 kcal/100g

V. KASZA KUKURYDZIANA - 86 kcal/100g

VI. KASZA RYŻOWA - "samaja ocziszczajuszczaja", czyli posiada największe właściwości oczyszczające organizm.  144 kcal/100g

VII. KASZA PSZENNA - 89 kcal/100g

VIII. KASZA MANNA - uwielbiana przez wielu, gotowana na mleczku, podana z konfiturą, stanowi pożywny i smaczny deser, jednak uwaga, w rosyjskim rankingu jest to "samaja wrednaja kasza", czyli najbardziej szkodliwa, gdyż zawiera duże ilości krochmalu i glutenu. 100 kcal/100g

Ja już zrobiłam zapasy, a Wy? :-)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Moscow never sleeps...

Nawet najmniejsze miasta nocą wyglądają inaczej - pięknie, tajemniczo, intrygująco. Inaczej spaceruje się nocą niż dniem, na ulicach, placach, w parkach nie ma już tak wielu ludzi, jest ciszej, ma się wrażenie, że miasto odpoczywa po ciężkim dniu, żeby za chwilę powitać nowy.

Lubię spacery nocą, a Moskwa nocą jest piękna. Mówią, że Moskwa nigdy nie śpi, rzeczywiście, po ulicach zawsze mkną samochody, a na placu Czerwonym wciąż są turyści, podziwiający nocną stolicę. Funkcjonuje też wiele całodobowych sklepów i restauracji. Moskwa nocą nie śpi, ale drzemie, nawet w centrum nie ma tylu spacerowiczów, turystów, zwiedzających co za dnia. A wystarczy oddalić się trochę od kremlu, a już możemy rozkoszować się chwilą "na osobności", wiele miejsc o tej porze jest opustoszałych, cichych i spokojnych, z kolei w innych toczy się nocne życie mieszkańców miasta.

Chciałabym podzielić się z Wami fotkami z naszej weekendowej nocnej eskapady po Moskwie. Rozglądając się wokół, chłonąc tą atmosferę nocnej stolicy, nawet nie poczuliśmy, że zrobiliśmy 6 km piechotą :-) Było już daleko po północy, a wciąż spotykaliśmy na swojej drodze innych fascynatów nocnych spacerów. I nie przeszkodziła w tym temperatura, która była raczej niska niż wysoka (lekki minus).

Centralnyj Dzietskij Magazin, czyli... raj dla dzieciaków. Robi wrażenie nawet na dorosłych!


Klasyczny kreml z wizytówką Moskwy, księżyc zasnuty chmurami i... remont


Widok z mostu


I kreml z innej strony...



I jeszcze z innych...






Rzeka Moskwa nocą wygląda szczególnie intrygująco - niebezpiecznie, ale czyż nie pięknie?


Chram Chrystusa Zbawiciela



Jeszcze inne pomysły oświetleniowe stolicy


Centrum handlowe dla bogaczy (cenowo równe z GUM-em na kremlu)

piątek, 3 kwietnia 2015

W skrócie o rosyjskiej Wielkanocy (uwaga, prowokujące zdjęcia)

No i stuknął miesiąc, od kiedy tutaj jestem. Pogoda w tym czasie zmieniała się z 5 razy, to 10 na plusie, to znowu 3 na minusie, to słoneczko, to śnieg, wszystkie pory roku w jednym (lato miałam 2 tygodnie temu w autobusie do Dzierżyńskiego). Mamy kwiecień, zaraz Wielkanoc, a tymczasem u mnie za oknem pada gęsty śnieg, bardziej zdecydowany niż tuż przed Nowym Rokiem. Nawet kot się dziwi i nie może odejść od okna.

Prawosławna Wielkanoc jest dopiero za tydzień. Nie obchodzi się jej tak bardzo jak w Polsce, święta są tylko w niedzielę, nie przypada za nią dodatkowy wolny dzień, a w poniedziałek wszyscy normalnie idą do pracy. Można powiedzieć, że w Polsce obchodzimy Wielkanoc hucznie: jajeczka, kurczaczki, zajączki, co niektórzy dają sobie prezenty, tutaj natomiast tego świątecznego zrywu nie widać, jedynie na straganach do towarów typu własne kiszonki i marynaty doszły... bazie :-)

Chyba najpopularniejszym wschodnim daniem wielkanocnym jest deser pascha, czyli wielka, kolorowa bomba kaloryczna na bazie tłustego twarogu (na chudym też można, ale już nie będzie taka dobra) i bakalii.


Nigdy nie robiłam ani nie jadłam paschy, mogę sobie wyobrazić jak smakuje, ale mam nadzieję, że niedługo ktoś mnie nią ugości :)) No kiedyś na pewno. Uwielbiam wszystkie desery i ciasta bazujące na białym serze.

Przeglądając przepisy, trafiłam na paschalnik. Jest to ciasto z kilograma mąki, szklanki jasnego piwa, miodu, cukru, żółtek, orzechów włoskich, cynamonu i sody. Polane lukrem. Brzmi korzennie, ciekawe jak smakuje.

Zdjęcia z serwisu covkusom.ru

No cóż, napatrzyłam się, a teraz czekam na najbliższą okazję do popróbowania rosyjskich specjałów wielkanocnych. Tymczasem gwoździem programu w najbliższą niedzielę będzie polski (choć korzenie ma ponoć zupełnie inne) mazurek :-)

A dopisek w tytule to po części spóźniony żart z 1 kwietnia, a po części święta prawda!

***************************
Uzupełnione 13.04. - po świętach

Tak jak przypuszczałam, okazja do popróbowania rosyjskich specjałów paschalnych nadarzyła się już po kilku dniach od napisania tego postu. A więc kulicz i paschę mam już odhaczone - a paschę nie byle jaką, bo z twarogu własnej roboty! Pycha, ale dużo się nie zje, bo syte. Kulicz okazał się bardzo prostym ciastem drożdżowym z rodzynkami i lukrową polewą, przy okazji podzieliłam się z innymi "piekącymi" członkami rodziny informacją o kuliczu-paschalniku robionym na piwie zamiast drożdży, a także wspólnie dyskutowaliśmy na temat innych znalezionych przepisów na kulicz taki bardziej wilgotny, bo jednak wszyscy troszkę ubolewali nad tym, że tradycyjny wypiek już na drugi dzień robi się czerstwy - może i o to chodzi w kuliczu, o tą czerstwość, jednak my należymy zdecydowanie do grona tych, co tradycję mogą troszkę nagiąć, jeśli przez to będzie bardziej smakować...

I aż tak czerstwy nie jest, żeby nie można go było spałaszować z kawą albo szklanką mleka, co właśnie dziś uczyniłam z resztką paschalnego ciasta.

Podjęłam wyzwanie - za rok i ja piekę kulicza. Ale takiego wypasionego, przynajmniej w zamyśle, a jaki będzie efekt, to kto wie? Liczą się chęci!

A trzecią słodkością na prawosławnym świątecznym stole był polski mazurek, który również cieszył się ogromnym powodzeniem ze względu na swą inność, bo każdy chciał spróbować, co to takiego :)