środa, 28 października 2015

Z podmoskowia do Moskwy... cz. III

Poprzednie części porównania życia w Moskwie i podmoskowiu: część I  część II
A dziś pod lupą Polki w Rosji moskiewskie Lublino i zamoskiewskie Lubierce jako miejsca do robienia zakupów, załatwiania spraw i spędzania wolnego czasu.

INFRASTRUKTURA, WYPOCZYNEK

Podmoskiewskie miasta urządzone są w taki sposób, że gdziekolwiek mieszkamy, wszystko mamy w zasięgu ręki, czyli blisko do lekarza, do banku, na rynek, kilka supermarketów do wyboru. Lubierce na przykład nie są takie małe (prawie 190 tys. ludności i z roku na rok coraz więcej, powierzchnia 43 km2), a zewsząd jest parę kroków do celu. Szczególnie dużo jest warzywniaków i sklepów mięsnych, bez nich Rosjanie nie mogą się obyć, a ja bardzo szybko się do nich przyzwyczaiłam, chętnie chodziłam, były przecież parę kroków od domu, a warzywa i owoce z rynku są i tańsze, i zdrowsze, i smaczniejsze od tych marketowych, tak samo jak mięso i wędliny - świeższe i tańsze, jeśli nie pakowane. Zazwyczaj też w takich miejscach nawiązuje się więź ze sprzedawczynią, jeśli trafi się na miłą osobę, moja pani z warzywniaka była super, facet z innego warzywniaka też dał się lubić (do mnie i Męża zawsze zwracał się per "rebiata"), no i kurczę ta niezapomniana budka ze świeżo wypiekanymi wschodnimi pierożkami i szoarmą... i miły, młody sprzedawca, nazywany przeze mnie Panem Pierożkiem, zawsze na posterunku, od rana do ciemnej nocy, zawsze uśmiechnięty, w białym fartuszku i kucharskiej czapeczce, które znakomicie podkreślały jego ciemną cerę, czarne oczy i włosy, a pierożki zawsze pyszne... Pan Pierożek na oko może miał osiemnastkę, a może nie. W Moskwie pod domem mamy takie miejsce, ale to nie to samo, jadłam kiedyś szoarmę od nich, była chłodna, mała i droga... I nie pachnie stamtąd świeżo smażonymi pierożkami. A sprzedawcy nie kojarzę w ogóle. Lubiereckiego pierożka zamieniliśmy na sushi bar tuż obok nas, mają tam bardzo smaczne rolle - tego w Lubiercach nie było.

W Lubiercach co parę kilometrów (w zasadzie może nawet co dwa) spotyka się kompleksy usługowe, taki niezbędnik życia codziennego - sklep, bank, poczta, przychodnia, rynek, więc ludzie z różnych dzielnic mają gdzieś niedaleko swój. Dochodzą do tego centra handlowe, w naszym zasięgu były dwa, bliższe i dalsze. Klub fitness, jakiś basen, siłownia - to w Rosji zawsze gdzieś niedaleko się znajdzie. Przedszkola i szkoły też, wszechobecne place zabaw, wieczorem (a gdzieniegdzie i w dzień) przekształcające się w place popijaw. Słowem - w Lubiercach wszystko było na wyciągnięcie ręki, potrzeby dnia codziennego zaspokojone. Czy na pewno? Jest jednak coś, czego mi brakowało, bez czego jedni mogą się obejść, ale inni, mówiąc po rusku, "schodzą z uma". To coś to przestrzeń bez samochodów, bez chodników, bez ludzi spieszących do domu z zakupami lub do sklepu po zakupy, miejsce, gdzie można odetchnąć przez chwilę od spraw przyziemnych, sprawunków, co jeszcze muszę dziś zrobić, co kupić, co ugotować itd. W Lubiercach nie znalazłam takiego miejsca, a spacery przez osiedla i te kompleksy usługowe, chodnikami, przejściami dla pieszych, nie spełniały swojej funkcji, bo jak można się wyluzować, kiedy wszędzie mija się ludzi załatwiających sprawy, nie mówiąc już o wdychaniu spalin. Lubiereckie spacery nabierały magii dopiero późną nocą, kiedy wszystko już spało (oprócz Pana Pierożka, on zwijał się bardzo późno). Prawdę mówiąc, spało to nieodpowiednie słowo, mam wrażenie, że tak jak Moskwa, tak i podmoskowie nigdy nie śpi, ale w nocy jest znacznie spokojniej, mniej ludzi i maszyn, jak się dobrze wsłuchasz, to usłyszysz noc.

Jedną z tych rzeczy, która bardzo mnie cieszyła na myśl o przeprowadzce do Moskwy, był park, który jest na granicy Tekstilszczików i Lublino. Nie dość że miejsca do chodzenia ogrom, to jeszcze staw pośrodku! Zamiast opisywać, pokażę, dodam tylko, że uwielbiam tam chodzić, a to uczucie, kiedy przebiwszy się już przez te chodniki, ruchliwe ulice, mijając ludzi załatwiających moskiewskie sprawy (mam do pokonania coś koło kilometra), wchodzę do parku (przez bramę) - bezcenne! Latem zielono, ptaszki śpiewają, jesienią kolorowo od opadłych liści, nigdy pusto, ale to nie przeszkadza, w końcu wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu - żeby się zrelaksować. Miałam dodać jedno krótkie zdanie...

Te kaczki wolą chlebek niż kuskus i płatki kukurydziane... Gołębiom wsio rawno


Koniec września


Taki tam staw, a wiecie, jakiego suma raz wyłowili z niego, kiedy przechodziliśmy obok? Cytując jednego z gapiów: "Ooooo!! Wot eta kaban!!"


Krajobraz przed burzą, koniec lata


Grillowanie zabronione, ale kto tam się tym przejmuje? Dla szaszłyka warto zaryzykować. Lato 2015



Przeprowadzka do Moskwy dała mi więc możliwość, paradoksalnie trochę, obcowania z przyrodą. Bliżej domu mamy jeszcze mniejszy park, z placem zabaw i siłownią na świeżym powietrzu, podczas letnich, nocnych spacerów zachodzimy tam trochę poćwiczyć, akurat nikogo nie ma, rzadko się zdarza, że ktoś o tej porze tam przychodzi. Zdumiewające jest to, że nasilenie pijaków nie jest tam duże, większość ławek jest pusta, i tak się zastanawiam, co im tam nie pasuje - czy za nowocześnie, czy za daleko do sklepu. Mogę snuć przypuszczenia, że wolą siedzieć u nas pod blokiem na placu zabaw i w stronę śmietnika, bo taka tradycja, w końcu jak jakieś miejsce od pokoleń uchodzi za najlepszą miejscówkę do picia, to sentymentalni Rosjanie nie przesiądą się na nowo wybudowany park - bo po co? Tu pod domem może ciasno, ale w kupie raźniej. Cieplej, weselej i blisko do domu.

Coś zyskałam, coś straciłam z tą przeprowadzką. Nie mam już superwarzywniaka pod domem, jest jakiś po drugiej stronie ulicy, ale jakoś do mnie nie przemawiają ani ceny, ani asortyment. Wypasiony rynek jest przy metrze Tekstilszcziki - warzywa, owoce świeże i suszone, przetwory, przyprawy, sery, wędliny, mięso, wszystko - ale daleko od domu. Jakieś 3 km wdychania spalin z głównej ulicy Lublinskaya. Ewentualnie marszrutka. Jak trzeba, to się wybieramy, nie tak często jednak jak w Lubiercach, gdzie wszystko pod nosem i pani taka miła. 5 min marszrutką w przeciwną stronę - i mamy Auchan, sklep, w którym dostaniesz wszystko, a wśród Rosjan uchodzi za najlepsze miejsce do zrobienia świątecznych zakupów lub po prostu takich porządnych. Mówią, że w Auchanie wychodzi taniej, no cóż, nie potwierdzam, bo nam zawsze wychodzi drożej niż w rosyjskim Dixy przy domu. Chyba po prostu w takim hipermarkecie więcej się wydaje, bo wybór towarów jest większy. Tak czy siak, nam taniej nie wychodzi. W razie potrzeby wiemy jednak, gdzie się kierować. Na pieszo mamy wybór: Dixy, Pietioreczka, Billa, 3 różne supermarkety, w żadnym z nich nie ma papieru do pieczenia, mały wybór kocich karm i deficyt różnych innych towarów, bez których się nie obejdę. Oczywiście to kwestia lokalizacji, bo w innych Pietiorkach papier do pieczenia jest. 

Pewne usługi się do nas w Moskwie przybliżyły, prawie weszły nam do domu, bo dosłownie na dole, w tym samym budynku, mamy sklep spożywczy pierwszej potrzeby, taki z panią za ladą, fryzjera (szalony stylista Azjata z cudną fryzurą, na pierwszy rzut oka nie na kieszeń zwykłego człowieka, a tu bam, 400 rubli za męskie strzyżenie! - uwierzcie mi, ceny dochodzą do nawet kilku tysięcy, a 800 to taka norma, jak mi kiedyś powiedziano), sklep zoologiczny i aptekę całodobową (druga taka jest przez ulicę). Otwierają też obok nowy oddział Sberbanku, hurra!

W Moskwie zyskaliśmy więcej czasu, bo dojazd do metra zajmuje 10 minut marszrutką, jeśli zdarzają się korki, to minimalne, w Lubiercach te dojazdy zajmowały o wiele więcej, bo było i dalej, i korki duże. Wyprawa z Lubierc do Moskwy i spowrotem męczyła, najpierw zawiła trasa marszrutką/autobusem, drogi jakieś dziurawe, bo rzucało, spowrotem przyjeżdżało się w inne miejsce, bo tak było szybciej, ale przez to gubiłam orientację. Teraz odległości się poskracały i chwała Bogu, wydłużyły nam się wspólne wieczory, troszkę dłużej śpimy, a wyprawa do centrum to bułka z masłem, wsiadasz i jedziesz, nie masz wrażenia, że żeby pospacerować po Kremlu, musisz mieć cały wolny dzień. Pół godzinki drogi do centrum to niewiele. Nareszcie Moskwa zaczęła się troszkę kurczyć w moich oczach! Kolejny plusik życia w stolicy - im dłużej tu żyjesz, tym mniej straszna się wydaje. Dawne obawy, że możesz tu łatwo się zgubić, zaczynają brzmieć jak żart, kiedy tylko przemożesz się do metra - bo gdzie metro, tam już prawie dom. Oj, ile czasu i nerwów bym zaoszczędziła, gdyby takie metro wybudowali dawno temu w Poznaniu...

Podsumowanie kwestii infrastruktury i wypoczynku przemawia na korzyść Moskwy, bo ja za ten park ze stawem oddałabym wiele... Za darmową letnią siłownię pod domem. I za te skrócone odległości, za możliwość szybszego oswojenia wielkiej Moskwy. A na pierożki zawsze można pojechać do Lubierc!

czwartek, 22 października 2015

Ikra niejedno ma imię...

Z czym kojarzy się ikra? Każdy wie, że ze słynnym w Rosji (i nie tylko, ale tu szczególnie) rarytasem, z maleńkimi pomarańczowymi, w wersji lux czarnymi, kuleczkami, które zajada się z białym chlebem, posmarowanym grubo masłem. Ikra, inaczej kawior, to symbol bogactwa, choć początki tego przysmaku wywodzą się z niższych warstw społecznych. Miseczki z ikrą to obowiązkowy element każdej rosyjskiej imprezy, wprawdzie nie dysponuję dokładnymi statystykami na temat wielbicieli rybich jajeczek w Rosji, ale myślę, że śmiało można powiedzieć, że 80% gości na imprezie nie wyobraża sobie świątecznego stołu bez ikry.

Ja do fanów rybiej ikry nie należę. Nie wiem, ani widok, ani smak, ani zapach do mnie nie przemawiają, jako mieszkanka Rosji i żona rosyjskiego męża chciałam też lubić ikrę, ale nie wyszło. Owszem, szklany/kryształowy kielich napełniony mieniącymi się kuleczkami wygląda pięknie, ale jako dekoracja... Lubię patrzeć, jak goście robią sobie kanapki z ikrą (dla mnie zawsze wygląda to jak ceremonia), ale zjeść - nie zjem!




I tak trwałam sobie w tym dystansie do ikry, póki nie trafiłam na taką, którą nie tylko mogę jeść, ale i polubiłam. Ikrę z kabaczków!

Najpierw obijała mi się o uszy, potem zaczęłam zauważać ją w sklepie, aż w końcu przywędrowała do mojego domu z babuszkinej spiżarni. Nie powiem, żebym od razu się na nią rzuciła, bo miałam opory. Myślałam, że skoro to IKRA z kabaczków, to będą w niej same pestki, więc jak może być smaczna? Okazało się, że pestki są, ale prawie ich nie czuć, za to sam produkt, koloru jasnopomarańczowego, jest niezwykle delikatny w smaku i wciągający. Słowem - smaczny! Tylko nie wiem, dlaczego nazwano go ikrą, równie dobrze mógłby się nazywać sos czy puree z kabaczka.


W Polsce nigdy nie słyszałam o kabaczkowej ikrze, choć w Internecie widnieje kilka wpisów na blogach kulinarnych, dotyczących tego specyfiku. I nawet ich autorzy podkreślają, że dowiedzieli się o takim sposobie przetwarzania kabaczka niedawno, postanowili wypróbować nowinkę. Na Wschodzie jest popularniejsza, kabaczki zaprawiano w słoiki w taki sposób już w czasach radzieckich, dlatego dla wielu Rosjan jest to jeden ze smaków dzieciństwa.

Przepisów na ikrę z kabaczków, tudzież bakłażanów, bo z tych też robią podobny przetwór, jest mnóstwo. I nie tylko rosyjskich, ale również gruzińskich, ormiańskich, a także z terenów zamieszkałych przez muzułmanów (Dagestan). Podstawowe składniki to kabaczki/bakłażany, pomidory świeże lub przetworzone (pasta, przecier) i marchew. Dodatki - co kto lubi. W wersji jednej z gruzińskich gospodyń pojawia się na przykład orzech włoski.

Do czego używać ikry z kabaczka? Można jako chłodną zakąskę. Otwieramy słoik z ikrą, smarujemy nią grzankę/kromkę pieczywa, posypujemy zieleniną i gotowe. Można używać jej jako dipu np. do czipsów czy frytek, do ryby. Mój Mąż polewa nią sobie puree z kartoszki, też pasuje. A mi aż się prosi o kawałki podsmażonej kiełbaski w tym sosie, powstałaby wariacja na temat leczo. Można próbować łączyć ją ze wszystkim, ikra z kabaczków to taki produkt, że pasuje prawie wszędzie. Gdyby ją podgrzać i dodać kwaśnej śmietany, powstałaby gęsta, rozgrzewająca i zdrowa zupa-krem, którą można zajadać z chlebkiem.



A dla zachęty parę słów o wpływie kabaczkowej ikry na organizm:

- usprawnia pracę jelit
- pomaga organizmowi pozbywać się toksyn
- działa odchudzająco!
- produkt zaliczany do grupy "przeciwrakowych"
- ma mnóstwo witamin i minerałów

O czym należy pamiętać, szykując zimowe przetwory z kabaczków/bakłażanów? O warunkach przechowywania (suche, chłodne miejsce, ew. lodówka) i o tym, że jeśli otworzymy słoik z kabaczkową ikrą, to trzeba go spożyć w ciągu kilku dni, bo im dłużej stoi, tym gorzej.

Tak jak każda rosyjska gospodyni ma swój przepis na barszcz, na szi, na bliny, tak też powinna mieć recepturę ikry z kabaczków. Poniżej przepis na ikrę z bakłażanów z marchewką autorstwa jednej z moskiewskich "haziajek":

IKRA Z BAKŁAŻANA Z MARCHEWKĄ

4 nieduże bakłażany
2 marchewki
2 cebule
3 pomidory
2 średnie papryki
6 ząbków czosnku
sól, pieprz, mielona kolendra do smaku
olej

Bakłażany pokroić w plastry 1-1,5 cm i podsmażyć bez oleju z dwóch stron. Marchew zetrzeć na drobnej tarce, pomidory sparzyć, zdjąć skórkę i pokroić w plasterki, cebulę pokroić w piórka, paprykę oczyścić z nasion i drobno pokroić. W garnku o grubych ściankach rozgrzać 3 łyżki oleju, podsmażyć marchew (5minut), dodać cebulę (jeszcze 3 minuty). Dodać przyprawy. Teraz wykładamy na to warstwami warzywa: papryka, pomidor, bakłażan, lekko przyprawiając pomiędzy warstwami (bez mieszania). Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek. Posolić, popieprzyć i polać 3 łyżkami oleju, przykryć pokrywką i dusić na minimalnym ogniu 1,5 godziny. Po tym wymieszać i dusić kolejne pół godziny. Wystudzić i wstawić na noc do lodówki.

Zdjęcia: Internet

poniedziałek, 12 października 2015

Polka w Rosji... w oczach Rosjan. Moja historia

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że wyemigruję z Polski, nie uwierzyłabym. Gdyby dodał, że wyemigruję do Rosji - tym bardziej. Chyba bym się nawet przestraszyła, bo Rosja zawsze kojarzyła mi się z tym, z czym kojarzy się innym Polakom, którzy nigdy nie mieli z tym krajem bliższej styczności, czyli - mafia, podejrzane interesy, pijaństwo, podróbki, bogacze i biedota. Słowem, nic dobrego. W dodatku w szkole nie lubiłam języka rosyjskiego, który na słuch niby taki prosty, a bukwy doprowadzały mnie do szału. Pamiętam, jak zadawano nam do domu czytanie krótkich tekstów, a potem czytało się na głos. Wiadomo było od razu, kto zapomniał odrobić lekcje. Bo wyuczenie się czytanki polegało na napisaniu sobie tego tekstu fonetycznie, to był najefektywniejszy sposób na dobrą ocenę, bo inaczej, choćbyś nie wiadomo ile się tego uczył, bukwy się mieszały, zlewały, w końcu łamał się język i potem już koniec. Nigdy więc nie marzyłam o chociażby podróży do Rosji, bo po cóż chcieć do kraju, którego język był dla mnie najgorszym, zaraz po matmie, przedmiotem w szkole.

Życie czasem zaskakuje. Lata mijały, a ja powoli zapominałam o traumie z językiem rosyjskim. Jakoś po latach zaczął mi się nawet podobać, choć do nauki nadal mnie nie ciągnęło. Podobał mi się taki program w telewizji, gdzie Austriacy wyruszali na Wschód, często do Rosji, by szukać żon, nazywał się "Miłosny biznes", a podkładem muzycznym programu była najpopularniejsza rosyjska melodia, w ogóle oprawa była w rosyjskim stylu, matrioszki itp. I tak z czasem moja niechęć do rosyjskiego przeszła w stan neutralny, a następnie w niezrozumiałą sympatię, tak jakby wszystko zmierzało w jednym kierunku, do celu, o którym nie miałam pojęcia.

Moja miłość do Rosji ujawniła się, kiedy poznałam w sieci uroczego, odważnego i cholernie upartego Rosjanina, który od razu zaczął zabiegać o moje względy. Broniłam się na wszelkie możliwe sposoby, ale nieświadomie coraz bardziej się wciągałam w tę fascynującą znajomość (mity o mafii odżyły, wyobrażałam sobie takiego rosyjskiego Don Corleone gdzieś daleko w Rosji przed komputerem, który w ciągu dnia załatwia interesy na mieście, a wieczorem przychodzi ze mną pisać). Nie jestem naiwna, ale jemu uwierzyłam, że chce się ze mną ożenić. I tak też się stało, niecały rok po naszym pierwszym spotkaniu w realu byliśmy już małżeństwem. Sytuacja odwrotna niż w moim niegdyś ulubionym programie, gdzie to Zachód wyruszał na Wschód - do krainy żon idealnych.

Okazało się, że fascynuje mnie ten kraj, zakochałam się, wpadłam po uszy.

W planach na wspólną przyszłość od początku była mowa o życiu w Rosji. Nie miałam nic do stracenia, wręcz przeciwnie, życie moje wkroczyło na nowe, wcześniej niedostrzegalne, tory, nabrało barw. Właśnie w tym kraju, który wcześniej był mi tak nieznany i kojarzący się głównie z negatywami. Oczywiście, że głównym sprawcą tego stanu jest mój uroczy rosyjski Don Corleone, ale bywa i tak, że wyjeżdża się za głosem serca, a kraj i tak jakoś nie podchodzi, człowiek się męczy, na każdym kroku coś go denerwuje, a po latach wraca do ojczyzny już uprzedzony. A mi się tu podoba.

Do napisania o sobie jako polskiej imigrantce w Rosji zachęciła mnie blogerka Anna z ParisMoskwa, arcyciekawego bloga, na którym możecie się dowiedzieć różnych rzeczy i o Francuzach, i o Rosjanach, o Polakach i ostatnio nawet Amerykanach! Pisałam o wschodnich imigrantach w Moskwie i padło w komentarzu pytanie, jak to mnie odbierają tutaj. Refleksje na ten temat stały się prowodyrem tych osobistych zwierzeń, które (mam nadzieję) macie przyjemność czytać. A zatem przechodzę do sedna - co sądzą Rosjanie o Polce w Rosji?

O reakcji rodziny mojego Męża nie będę dużo pisać, bo dla nich wszystko było jasne. Miłość. Każdy wie, na jakie szalone czyny może porwać się człowiek, by być z drugim człowiekiem. Decyzja o mojej przeprowadzce była dla nich dowodem na to, że oto w rodzinie pojawiła się odważna, silna i stabilna osoba, która wie, czego chce, nie boi się poznawać wszystkiego od nowa. Bali się o mnie na początku, wypytywali, jak się czuję w Rosji, czy się nie nudzę, czy nie boję się wychodzić sama. Z czasem coraz lepiej odpowiadałam im na pytania, sama zaczynałam rozmowy na różne tematy, by po kilku miesiącach usłyszeć, że mój rosyjski, kiedyś tak ciężko wchodzący do głowy, rozwinął się w szalonym tempie. Żeby coś osiągnąć, trzeba po pierwsze tego chcieć.

Kiedy rozmawiam z przypadkowo poznanymi ludźmi, to pierwsza reakcja na wieść, że jestem Polką, to zdziwienie, autentyczne zdziwienie. Rosjanie są przyzwyczajeni do imigrantów, ale nie z tej strony mapy, Polska to dla nich Zachód, więc domyślam się, że podobne wrażenie wywarłaby informacja, że jestem Amerykanką, Niemką, Francuzką. Więc po pierwsze dziwią się, że nie jestem z Mołdawii, Łotwy, Białorusi, Ukrainy... bo na mieszkankę Armenii, Gruzji czy Kazachstanu nie wyglądam. Zaraz po tym pada pytanie - dlaczego? Moi rozmówcy nie rozumieją, dlaczego ktoś z Zachodu, z "Jewrosojuza", emigruje do Rosji, bo oni wierzą w to, że to właśnie tam - na Zachodzie - jest lepiej. To w tamtym kierunku się emigruje. Dziwią się bardzo na wieść o tym, że w Polsce ciężko znaleźć pracę. A potem się zaczyna to, co lubię najbardziej: wyszukiwanie powiązań między sobą a Polską. A to że handlowało się w Polsce kiedyś owocami, tu historyjka pani z warzywniaka o tym, jak przywiozła kiwi do Polski, a Polacy jedli je razem ze skórką i mówili, że niedobre; to ktoś miał dziewczynę w Polsce, ale kontakt się urwał; to ktoś chciał do Polski pojechać, ale się nie udało; to ktoś ma w domu meble z Polski i tak dalej, zawsze coś nowego, niektórzy dorzucają jeszcze parę polskich słów (czasem tak przekształconych, że nie rozumiem i sytuacja jest trochę niezręczna) na poparcie swoich powiązań z moim krajem.

Nasz sąsiad na daczy upodobał sobie mojego kota. Nazywa go Polakiem. Najpierw bardzo nalegał, żeby go pokazać, potem obserwował go ze swojego ogrodu. Sąsiad słynie z głupich żartów, za każdym razem pyta się, czy Polak nauczył się już ruskiego, żeby z nim pogadać. Mój kot ma tendencję do przepadania na kilka godzin gdzieś na odległych daczach, więc dość często go nawołujemy, przy uciesze sąsiada, który pyta się, czy Polak znowu się zgubił. W ogóle historia kota, który razem ze mną emigrował do Rosji, robi większe wrażenie niż moja... A imię Bubcuś ma już niezliczoną liczbę wersji bardziej dostosowanych do rosyjskiego aparatu mowy. Moja ulubiona to Buc.

Kiedyś gdzieś czytałam, że być cudzoziemką w Rosji jest fajnie. Ludzie są dla ciebie mili, a ty jesteś ewenementem w towarzystwie, każdy się tobą interesuje, to na tobie skupia się największa uwaga. Na razie potwierdzam słuchy o tym, że ludzie na prawdę są mili, kiedy słyszą, że rozmawiasz w innym (nie wschodnim) języku, to patrzą z zaciekawieniem, uśmiechają się, traktują cię lepiej niż innych. Starają pokazać się z lepszej strony, bardziej się przykładają do tego, co robią - chodzi mi głównie o sferę usługowo-handlową. Fryzjerki lepiej układają ci włosy, kasjerzy są milsi, doradcy bardziej profesjonalni. Będąc cudzoziemką z "Zachodu", czuję się faworyzowana.

Dlaczego wspomniałam o wschodnim języku - bo w Moskwie przybyszy ze Wschodu jest mnóstwo, łatwo ich poznać właśnie po języku i wyglądzie, nie robią pozytywnego wrażenia na Rosjanach, choć jakichś szczególnych aktów nietolerancji na tle narodowościowym nie odnotowałam... oprócz jednego. Rosjanie nie lubią wynajmować mieszkań imigrantom ze Wschodu. W wielu ogłoszeniach widnieje info, czasem pogrubione i wyróżnione na czerwono, że oferta jest tylko dla obywateli Rosji (wersja ekstremalna) lub mniej rygorystyczna - tylko dla Słowian. Do wschodnich imigrantów Rosjanie są przyzwyczajeni, to naturalny element moskiewskiego i podmoskiewskiego krajobrazu, a zachodni są dla nich w dalszym ciągu rzadkością, dlatego też ich ciekawią. Ludzie z Zachodu nie ciągną masowo do pracy w Moskwie, ale jest ich sporo. Także wielu Polaków ma tutaj swoje firmy, bardzo dobrze się rozwijające, jest kilka polskich instytucji, w których też pracują Polacy. Ale trzymać się będę tego, że Polka/Polak w Rosji to jednak rzadkość.


Przypomniała mi się pewna lekarka, o nietypowej urodzie, która też ciekawa była mojej narodowości, po czym zaczęło się to, o czym już pisałam. Okazało się, że ma w Polsce rodzinę i w ogóle często tam bywa, a należy do mniejszości karaimskiej. Nie muszę dodawać, że była dla mnie bardzo miła i nawet całkiem bezpłatnie udzieliła mi porady lekarskiej (to nie była moja wizyta), wypisała zalecenia i użyczyła pewnego specyfiku, co w prywatnych klinikach rzadko się zdarza.

Mija ósmy miesiąc od mojej przeprowadzki do Rosji. W porównaniu do innych imigrantów, nie tylko moskiewskich, to mało, ale wystarczająco, żeby już opisać, jak odbierają mnie tutaj jako przyjezdną. Jak na razie bardzo pozytywnie, ze zdziwieniem i sympatią, szacunkiem. Mam nadzieję, że tak już zostanie, i po latach będę mogła powtórzyć swoje słowa - czuję się tutaj dobrze, to była dobra decyzja.

wtorek, 6 października 2015

Literackie Degustacje w Moskwie - smaczny event


Jeśli będziecie w październiku w Moskwie, to nie przegapcie eventu, który będzie się odbywał przez cały miesiąc w ramach Roku Literatury w Rosji - Literackich Degustacji. W ponad 30 moskiewskich restauracjach zlokalizowanych głównie w centrum miasta będziecie mogli poczuć się jak bohaterowie kultowych dzieł Puszkina, Bułhakowa, Tołstoja i innych, kosztując dań przygotowanych przez najlepszych szefów kuchni na podstawie opisów z ulubionych utworów rosyjskiej klasyki.

Każda restauracja będzie serwowała dania kuchni rosyjskiej z wybranego dzieła literackiego, więc warto poświęcić chwilę na zastanowienie, do której się udać.

Weźmy na przykład "Annę Kareninę". Udajemy się do restauracji Mark i Lew i zamawiamy zestaw z kolacji u Obłońskiego:

- serowa zakąska i kieliszek żytniego alkoholu, tzw. полугара, źródła podają, że napitek ten nie jest produkowany od 120 lat, jest to wino chlebowe o zawartości alkoholu 38,5%, pachnie żytnim chlebem i ma korzenny posmak - wśród silnych alkoholi nie doszukamy się niczego, co by choć trochę przypominało ten tradycyjny rosyjski napitek. Nie jest to ani wódka, ani nalewka, a całkiem inna kategoria wysokoprocentowego alkoholu, unikat. Jeśli Mark i Lew w ramach Kulinarnych Degustacji serwują gościom prawdziwy полугар, to szacuneczek.
- zupa Mari-Luiz z mięsnym pierożkiem z ciasta francuskiego
- rostbef

Pod ładnie zaprojektowanym menu widnieje fragment powieści pełniący rolę napędzacza apetytu.

Za zestaw z "Anny Kareniny" zapłacimy 2 tys. rubli.

Jako że w "Zbrodni i karze" raczej nic nie jedli, drugą moją ulubioną książką jest "Mistrz i Małgorzata". Moskwa już i tak kipi odniesieniami do tej powieści, ku uciesze fanów Bułhakowa, a tu aż trzy restauracje wzięły się właśnie za to dzieło. Popatrzmy na menu Kafe Czajkowskij.

- filet śledzia na toście z borodzińskiego chleba z czerwoną cebulą i zieleniną
- barszcz z wołowiną
- kotlet pożarski z tłuczonymi ziemniakami i sosem z borowików

Cena zestawu: 650 rubli. Całkiem przystępna! Pod menu jeszcze jeden napędzający apetyt fragment prozy.

Menu poszczególnych restauracji bardzo różnią się cenowo, niektóre są skromne, typowy obiad, inne bardzo bardzo syte i na cały wieczór biesiadowania (w Savvie szczególnie ekskluzywne, z deserem i butelką wódki za 4,6 tys. dla dwóch osób) lub bardzo wytworne, dla smakoszy.

Pełny spis uczestników festiwalu Literackie Degustacje (menu pod linkami):
Oficjalna strona festiwalu http://festival.russiancuisine.ru/.
Powyżej oficjalne logo festiwalu.


fOIL
Братья Стругацкие 
«Хромая судьба»
Посмотреть сет-меню
Queen V
Антон Павлович Чехов 
«Скучная история»
Посмотреть сет-меню

SAVVA
Владимир Сергеевич Филимонов 
«Обед»
Посмотреть сет-меню
Sixty
Владимир Алексеевич Гиляровский 
«Москва и москвичи»
Посмотреть сет-меню
Anatoly Komm for Raff House
Сергей Довлатов 
«Наши»
Посмотреть сет-меню
Вареничная №1
Александр Вертинский 
«Дорогой длинною…»
Посмотреть сет-меню
Дед 
Пихто
на Мясницкой
Николай Васильевич Гоголь 
«Мертвые души»
Посмотреть сет-меню
Денис Давыдовна Большой Семеновской
Николай Васильевич Гоголь 
«Повесть о том, как поссорились…»
Посмотреть сет-меню
Ермак
Владимир Алексеевич Гиляровский 
«Москва и москвичи»
Посмотреть сет-меню
Марк и Лев
Лев Николаевич Толстой 
«Анна Каренина»
Посмотреть сет-меню
На Мельнице
Михаил Евграфович Салтыков-Щедрин 
«Господа Головлевы»
Посмотреть сет-меню
Облака
Михаил Афанасьевич Булгаков 
«Мастер и Маргарита»
Посмотреть сет-меню
Обломов
Иван Александрович Гончаров 
«Обломов»
Посмотреть сет-меню
Панаехали
Аркадий Вайнер 
«Эра милосердия»
Посмотреть сет-меню
Панорама и Зимний Сад
Братья Стругацкие 
«Понедельник начинается в субботу»
Посмотреть сет-меню
Прожектор
Иван Сергеевич Шмелев 
«Небывалый обед»
Посмотреть сет-меню
Русские сезоны
Илья Ильф и Евгений Петров 
«Двенадцать стульев»
Посмотреть сет-меню
Siberia
Авдотья Яковлевна Панаева 
«Воспоминания»
Посмотреть сет-меню
Чемодан
Владимир Алексеевич Гиляровский 
«Москва и москвичи»
Посмотреть сет-меню
Честная кухня
Владимир Алексеевич Гиляровский 
«Москва и москвичи»
Посмотреть сет-меню
Chekhonte
Аркадий Вайнер 
«Эра милосердия»
Посмотреть сет-меню
BBcafe
Михаил Афанасьевич Булгаков 
«Собачье сердце»
Посмотреть сет-меню
Selfie
Василий Алексеевич Гиляровский 
«Москва и москвичи»
Посмотреть сет-меню
Поехали
Исаак Бабель 
«Детство. У бабушки»
Посмотреть сет-меню
Русское подворье
Аркадий Тимофеевич Аверченко 
«Роскошная жизнь»
Посмотреть сет-меню
Фаренгейт
Алексей Константинович Толстой 
«Князь Серебряный»
Посмотреть сет-меню
Царская охота
Булат Шалвович Окуджава 
«Свидание с Бонапартом»
Посмотреть сет-меню
Кафе Чайковский
Михаил Афанасьевич Булгаков 
«Мастер и Маргарита»
Посмотреть сет-меню
Кафе Чеховъ
Антон Павлович Чехов 
«Глупый француз»
Посмотреть сет-меню
Русская охота
Александр Васильевич Сухово-Кобылин 
«Свадьба Кречинского»
Посмотреть сет-меню
Бочка
Александр Сергеевич Пушкин 
«Евгений Онегин»
Посмотреть сет-меню
G.GRAF
Михаил Афанасьевич Булгаков 
«Мастер и Маргарита»
Посмотреть сет-меню



czwartek, 1 października 2015

Z podmoskowia do Moskwy... cz. II

... Czyli ciąg dalszy porównania życia w podmoskiewskich Lubiercach i dzielnicy Moskwy Lublino.
Dla tych, którzy nie w temacie - klik.

Pisałam już o ciszy i czystości, o sąsiedzkim wszystkowidzącym oku i wszystkosłyszącym uchu oraz skutkach ich braku, o tym, co słychać za oknem w podmoskowiu, a co w stolicy, nie zabrakło też historii o arbuzowej masakrze przed blokiem. Dzisiaj czas na kolejną ważną kategorię życia codziennego.

BEZPIECZEŃSTWO

Może to kwestia przyzwyczajenia, ale w Lubiercach czułam się bezpieczniej. Paradoksalnie, to tam w ciągu dnia było więcej ludzi, takich, co chodzą na zakupy, do autobusu, banku. Było więcej starszych osób, na ławkach przed blokami siedziały babuszki, cały teren był odkryty, wszystko było na widoku, żadnych krzaków, pijacy oczywiście byli, ale jacyś tacy spokojniejsi, mniej świadomi otaczającej ich rzeczywistości, a przede wszystkim ani trochę nie zainteresowani jakimiś nowymi znajomościami, np. ze mną. W lubiereckiej dzielnicy kiedy wychodziło się na zewnątrz, było się widocznym z okien sąsiadów z kilku bloków, nie raz miałam wrażenie, że jestem obserwowana, ale te okna i patrzące z nich oczy sprawiają, że człowiek czuje się bezpieczniej, bo jak tylko zacznie się coś dziać, to zakładam, że sąsiedzi rzucą się na pomoc. Pisałam już o sąsiadach z mojego bloku w Lubiercach i dodam tylko, że nie wyobrażam sobie, iż przeoczyliby próbę włamania, skoro gdy tylko zauważyli, że Mąż, nowa twarz, niesie jakieś torby do mieszkania, zaczęli wypytywać: a kto, a co, a gdzie i z kim. A więc obecność wścibskich sąsiadów wpływa dodatnio na poczucie bezpieczeństwa, choć ujemnie na komfort mieszkania i swobodę. Podsumowując - co do bezpieczeństwa w Lubiercach nie miałam żadnych zastrzeżeń.

A w Moskwie... Strachu najadłam się już zanim się tu przeprowadziliśmy, bo do naszego mieszkania w poprzednich latach kilka razy się włamywano. Poprzedni lokatorzy założyli więc mocniejsze drzwi z blokującym się zamkiem, jeśli przekręcisz klucz nie w tę stronę, co trzeba, oraz kraty na okna i alarm. Ten zestaw małego i dużego moskwicza powinien dać poczucie bezpieczeństwa, ale jakoś nie do końca daje, bo za każdym razem, kiedy wychodzę/wchodzę do domu, staram się jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi, pamiętając przy tym o poprawnej stronie kręcenia kluczem, bo jak się zatrzaśnie, to może uda mi się go odblokować, a może nie. A dlaczego staram się jak najszybciej? Bo wyobraźnia podsuwa mi taki obraz, że ktoś się za mną czai, walnie mnie w łeb i wejdzie do mieszkania w celach rabunkowych... :-) O usilnych staraniach opryszków, by wejść do środka, przypomina mi za każdym razem jednoznaczne wygięcie przy krawędzi drzwi, jakby ktoś nadludzką siłą starał się łomem odgiąć metalową barierę do raju, w którym tak na prawdę nic szczególnego nie było i nie ma... Wiem też, że próbowali raz wejść przez balkon, więc czasami, idąc w nocy do toalety na przykład, a i zdarza się, że w ciągu dnia, sprawdzam, czy przypadkiem nie mam jakichś gości w kominiarkach na balkonie. Paranoja? Nie, jakoś udaje mi się normalnie z tym żyć, co ja zrobię, że historie o wielokrotnych włamaniach do mojego mieszkania wywołały w mojej głowie takie obrazy? A im dłużej tu mieszkam, tym rzadziej o tym myślę, może kiedyś w ogóle zapomnę, kto wie.

A oprócz włamywaczy. W ogóle kręci się tu dużo podejrzanych typków, mamy przed domem mały park-plac zabaw, wręcz idealne miejsce na picie trunków samemu lub w kompanii. Moskiewscy pijaczkowie są dużo bardziej komunikatywni i chętni do nowych znajomości niż lubiereccy, patrzą na ciebie tak natrętnie, jakby chcieli ci zajrzeć w duszę, a przynajmniej przywitać się jak z najlepszym przyjacielem. Szczególnie nieprzyjemna jest droga na śmietnik: drzewa, krzaki, mnóstwo ławek (mało kiedy pustych) i całkowity brak okien (tutaj okna przysłonięte są drzewami). W ciągu dnia nie czuje się zagrożenia, choć ludzi jest i tak mniej niż w Lubiercach, na ławkach często siedzą babuszki i matki z dziećmi bawiącymi się na placu zabaw, ale wieczorem robi się niefajnie. Często sobie myślę, że Anna Wojtacha, autorka "Opowieści z Rosji", miałaby tutaj pole do popisu, bohaterów reportaży do wyboru, do koloru, których nie trzeba szukać, wystarczy się dosiąść, ale ja to jednak wolę z daleka, czmychnąć szybciutko, by za chwilę znaleźć się w bezpieczniejszej strefie :-)

Parki i place zabaw, których w Moskwie jest więcej niż w podmoskowiu, a które dniem są wspaniałym miejscem odpoczynku, spacerów, wieczorami robią się niebezpieczne. Tam, gdzie za dnia czerpiemy przyjemność z obcowania z przyrodą, po zmroku oglądamy się nerwowo za siebie, przyspieszając kroku. Policja patroluje teren, ale częściej widywałam ją w Lubiercach i bardziej aktywną, kilka razy widziałam, jak wychodzili z samochodu, kogoś spisywali, a tutaj jeszcze ani razu, ot, przemykają tylko to tu, to tam, wypatrując może jakichś grubszych skandali.

Parę słów o sąsiadach w naszej moskiewskiej dzielnicy. Otóż do niedawna wydawało mi się, że sąsiedzi tutaj mają wszystko gdzieś, nikt nikogo nie zna, ktoś notorycznie sika na klatce, zostawia wory ze śmieciami, które cuchną, nikt nie prowadzi w tej sprawie dochodzenia i tak życie leci. A tu niedawno taka sytuacja, Mąż akurat wychodził do pracy i trafił na sąsiadki z drzwi naprzeciwko, dwie starsze panie, które od razu po "zdrastwujcie" przeszły do wypytywania: a kto wy? a z kim? z żoną? a z dziećmi? a żona jak ma na imię? Iwona? jak? ojej, jak ładnie! Iwona! to nie ruskie imię! Swoje imię słyszałam jeszcze z oddali z 5 razy, tak bardzo chciały je zapamiętać. Jest nadzieja! Może choć babuszka z naprzeciwka zainteresuje się, jeśli jakiś gagatek będzie znowu nam majstrował przy drzwiach!

Tak więc Moskwa pod każdym względem jest dla mnie mniej bezpieczna niż podmoskowie, choć i tu, i tam podwójne drzwi, z czego jedne żelazne, potężne, niezniszczalne, są obowiązkowym elementem każdego mieszkania. Powoli przyzwyczajam się do nowych warunków i idzie mi całkiem sprawnie, na szczęście nie muszę często sama chodzić wieczorami po dzielnicy, a w domu ochrania nas wspomniany zestaw małego i dużego moskwicza: alarm+blokujący się zamek+podwójne drzwi+kraty... I kto nam podskoczy?