piątek, 5 czerwca 2015

O spotkaniu Rosjan z sałatką gyros...

Rosyjska gościna, objawiająca się chociażby w stylu wyprawiania imprez, to jedna z tych rzeczy, które w Rosji kocham. Podczas moich wizyt i różnych okazji do świętowania na stole gościły rozmaite sałatki, mniej lub bardziej kaloryczne, bez których stół zakąsek poprostu nie istnieje. I tak poznałam śledzia pod szubą, oliwie, vinegret... i wiele innych, bez nazwy lub zapożyczonych z zagranicy, ale równie smacznych i oryginalnych, inspirowanych różnymi stronami świata.

I z tego względu postanowiłam wprowadzić na nasz rosyjski, a w zasadzie już polsko-rosyjski stół coś od siebie, coś, co lubimy i robimy w Polsce. Sałatka gyros. Nie jest to wprawdzie danie pochodzenia ściśle polskiego, bo gyros to całkiem inne strony, ale sama sałatka to według mnie polska wariacja na temat gyrosa, zresztą bardzo udana. I nawet się nie spodziewałam, że moja sałatka gyros tak szybko zniknie ze stołu, a ja będę musiała ją powtórzyć na drugi dzień, bo nie wszyscy zdążyli spróbować...

Zdjęcie: początek imprezy, sałatka gyros jeszcze w stanie nienaruszonym po lewej stronie w przezroczystej misce.

Ten post miał powstać tylko w wersji rosyjskiej, bo to do Rosjan skierowany jest przepis na sałatkę gyros, Polacy raczej go znają, ale w sumie czemu nie, może w takiej wersji ktoś z moich Czytelników jeszcze nie próbował, a może zrobi ją swoim znajomym, rosyjskim czy też nie, komuś, kto lubi dobrze pojeść :-)

Sałatka gyros
(ilość składników podaję na oko, sałatka jest warstwowa, więc tak czy siak wyjdzie, powinna ładnie wyglądać, więc poszczególne poziomy powinny wyraźnie się odznaczać)

1. pierś kurczaka 2-3 sztuki
2. jajka 5 szt.
3. korniszony kilka-kilkanaście sztuk
4. mała cebulka
5. kukurydza 1 puszka
6. rukola 3-4 garście
7. majonez i ketchup
8. przyprawa gyros albo własny mix przypraw: słodka papryka, chilli, pieprz, sól, majeranek, oregano, rozmaryn, czosnek - ma być ostra
9. żółty ser, najlepiej parmezan

Przygotowanie

Kurczaka pokroić w kosteczkę, obsmażyć na oliwie z przyprawami, niedługo, żeby nie przesuszyć. Wystudzić.
Jajka ugotować na twardo, pokroić drobno.
Korniszony, cebulę pokroić drobno.
Kukurydzę odsączyć.
Ser zetrzeć na tarce o dużych oczkach.

Układamy warstwami wszystko po połowie, co 3 warstwy smarując majonezem i polewając ketchupem w kratkę. Na wierzch sypiemy starty ser. Aby lepiej się nabierało sałatkę, między ser a ostatnią warstwę również smarujemy majonezem z ketchupem. Odstawiamy do lodówki, najlepsza jest na drugi dzień.

Uwaga! Nie dodajemy do sałatki żadnych przypraw oprócz tego, w czym smażyliśmy kurczaka. Przyprawa z mięsa, ketchup i majonez nadadzą sałatce wystarczająco intensywny, wyrazisty smak.

W Rosji raczej nie dostanie się gotowej przyprawy gyros, ale można ją np. przywieźć przy okazji (ja już wpisałam sobie tak z 15 paczek na listę "co wziąć ze sobą do Rosji", bo jest sporo "chętnych"). W ostateczności wystarczająco dobry będzie własny mix przypraw.

czwartek, 4 czerwca 2015

Uroki życia w Rosji - jak sobie radzić bez gorącej wody?


Jednym z uroków życia w Rosji jest letnie odłączenie gorącej wody na 2 tygodnie w celu modernizacji wodociągów, cokolwiek to znaczy. W tym roku stało się to jakoś wyjątkowo wcześnie, bo już 2 czerwca, zanim zdążyliśmy sobie o tym przypomnieć. Tak więc była niespodzianka, trzeba sobie jakoś radzić w tej sytuacji bez psychicznego przygotowania...

Właśnie, jak radzić sobie przez te 2 tygodnie bez gorącej wody? Kwestia kluczowa - jak się umyć? Miłośnikom ekstremalnych przeżyć proponuje się oczywiście lodowaty prysznic, innym pozostaje wziąć garnki i czajniki w ruch, niczym przed laty, bo przecież były takie czasy, że gorącej wody w kranie nie było, to wynalazek nowoczesności, którego wielu już nie docenia, bo przecież jak może nie być gorącej wody w kranie, ona zawsze była, jest i będzie!

A Rosjanie mali i duzi wiedzą. Są do tego przyzwyczajeni. Choćby dlatego, że wiele daczy, na które tak lubią wyjeżdżać, nie ma takich "wygód". Rosjanie to naród bardzo zaradny, więc te 2 tygodnie bez gorącej wody to pestka. Jakby się zastanowić, to na prawdę nie jest to rzecz, bez której nie da się żyć, choć bardzo pomocna w codziennym życiu. Ale za to jak się ją doceni, kiedy puszczą ją z powrotem!

W skrócie - corocznym odłączeniem wody nikt się tu za bardzo nie przejmuje, garnki w ruch i można się myć bez doznania szoku termicznego, a co niektórzy... no cóż... dochodzą mnie słuchy, że w godzinach szczytu w moskiewskim metrze jest jakoś inaczej... aromat inny... Jak widać, część mieszkańców stolicy i okolicy W OGÓLE brakiem ciepłej wody się nie przejmuje :-)

Pech chciał, że czasowo nie mamy pralki, więc dochodzi mi jeszcze pranie... Ale nawet to da się zrobić, zresztą całkiem łatwo i sprawnie! Ach ta Rosja... jak wiele rzeczy zaczyna się tu doceniać... :-)

Co ciekawe, te 2 planowane tygodnie bez wody to czasem w praktyce zaledwie tydzień, więc i w tym roku jest nadzieja!

Moje miasto - Люберцы



środa, 3 czerwca 2015

Słodkie otwarcie lata z rosyjską watruszką

Czerwiec na blogu otwieram słodkim postem - przepisem na oryginalne rosyjskie watruszki! Czyli... drożdżówki z twarogiem. Tradycyjne, bo w dzisiejszych czasach watruszki robi się już praktycznie ze wszystkim - z dżemem, z puddingiem, z owocami, widocznie Rosjanom trochę już się przejadły ;-) W sklepach nadal królują watruszki z twarogiem, nawet bez dodatku rodzynek czy bakalii w masie twarogowej, i taki właśnie bazowy przepis na watruszki dzisiaj Wam zaserwuję. Na specjalne życzenie jednej z moich Czytelniczek, Polce w Grecji, której zachciało się watruszki!

Oryginalne rosyjskie watruszki



Składniki:

1. Ciasto
  • 250 ml ciepłego mleka
  • 10 g suchych drożdży (albo 50 g świeżych)
  • 100 g cukru
  • 100 g masła
  • 450 g mąki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 jajka
2. Wypełnienie
  • 500 g twarogu (lepiej nie ten niskoprocentowy, będzie sucho)
  • 100 g śmietany
  • 100 g cukru
  • cukier waniliowy
+ rozbełtane jajko do smarowania wierzchu


Robimy ciasto drożdżowe: drożdże wsypujemy do ciepłego mleka, dodajemy około łyżkę, dwie cukru i kilka łyżek mąki; wymieszać do zniknięcia grudek i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok. 15 min - ważne jest to, żeby masa drożdżowa się podniosła, jeśli słabo rośnie, dajmy jej więcej czasu. W międzyczasie topimy masło na patelni, przygotowujemy resztę mąki wymieszanej z solą.

Rozczyn drożdżowy pięknie się podniósł, więc mieszamy go z całymi jajkami na jednolitą masę, wlewamy roztopione masełko (lekko przestudzone lub chłodne), wsypujemy resztę cukru, mieszamy, dodajemy mąkę z solą, mieszamy, a następnie wyrabiamy ręką do uzyskania sympatycznie wyglądającego, elastycznego ciasta, które ładnie odchodzi od ręki. W razie potrzeby można podsypywać mąką, ale bez przesady, bo przecież nie chcemy, żeby watruszki wyszły twarde.

Ok, mamy piękną kulę drożdżowego ciasta, teraz dajmy mu czas, żeby wyrosło. Tak do 2 godzin na początek, w ciepłym miejscu, to wersja dla przypadków opornych, które słabo rosną, obserwujcie, możliwe, że już po godzinie ciasto będzie wyrośnięte. Gdy osiągnie zadowalające rozmiary, musimy przywalić mu pięścią, żeby wróciło do swojej poprzedniej formy, po czym znowu zostawić do wyrośnięcia.
W tym czasie przygotowujemy masę do napełniania watruszek - rozdziabujemy twaróg widelcem, dodajemy śmietanę i cukry, jakieś dodatki, jeśli ktoś lubi - i gotowe. Masa nie powinna być za rzadka.

Formujemy watruszki - jeśli chcecie, aby kształt też miały tradycyjny, urywacie po kawałku ciasta i formujecie z niego najpierw kulkę, potem ją lekko rozgniatacie, a potem palcami żłobicie w niej dość duży dołek - im szerszy, tym więcej twarogu w taką watruszkę upchacie. Idealne watruszki to takie, gdzie tych brzegów z ciasta prawie nie ma, ale ciężko takie zrobić... I tak jedna za drugą, na początku może będzie szło powoli, ale jak już wyrobicie technikę formowania tego kształtu, to będzie już z górki. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia albo wysmarowanej tłuszczem, smarować jajkiem (twaróg też) i do piekarnika (bo podrosną sobie w trakcie robienia) - a tutaj to już trzeba obserwować, ja piekłam w 180 stopniach około 25-30 minut - koniecznie zaglądajcie, jak wyglądają, mają być lekko złote.

Wszystkim, którzy się skuszą na te watruszki, życzę powodzenia w wypiekaniu. Najlepsze są pierwszego dnia, a takie jeszcze ciepłe to w ogóle super... :) Ale następnego dnia też niczego sobie. Z przepisu wychodzi około 20 sztuk. Masę twarogową można modyfikować, za mną ostatnio chodzi taki pomysł, żeby zrobić wypełnienie taką masą jak do sernika, z jajkami, masłem.

Ciasto drożdżowe to przepis uniwersalny, można użyć go również do przyrządzenia rosyjskich pierożków z kapustą czy mięsem, odejmując mu tylko słodkość, czyli zamiast 100 gram cukru dać np. łyżkę do smaku.

wtorek, 26 maja 2015

Moskiewskie atrakcje - Московский Зоопарк

Ostatni raz w ZOO byłam dawno, dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. W późniejszych  latach miłość do zwierząt jakoś zawsze wstrzymywała mnie przed chodzeniem w takie miejsca, i właściwie zgodziłam się na wyjście do moskiewskiego ZOO nie po to, żeby popatrzeć na zwierzęta zamknięte w klatkach, ale na warunki, jakie urządziła im jedna z najbogatszych stolic świata. A po części ze względu na Męża, który w przeciwieństwie do mnie częściej chodził do ZOO (choć również darzy wielką miłością zwierzęta) i chciał sprawdzić, co się zmieniło od jego ostatniej wizyty w tym miejscu.

A zmieniły się przede wszystkim dwie rzeczy. Zacznę od przyjemnej :-) ZOO rozbudowano, jest więc nowa część, do której przechodzi się mostem, pod którym biegnie ulica nieprzynależąca do obiektu. W sumie teren stary i nowy to ogromne terytorium, zwiedzenie którego zajmuje około 3 godzin. Oprócz terenów na świeżym powietrzu dostępne są również ekspozycje (jeżeli można to tak nazwać) wewnątrz budynków, w których część zwierząt jeszcze chroni się przed zimnem (teraz np. ogromna część małp), a część przebywa tam cały rok (wystawa wszelkich gadów, płazów, bezkręgowców...). Tak więc teren do obejrzenia jest ogromny, jeżeli wybieracie się do moskiewskiego ZOO, to koniecznie w wygodnych butach. Choć nie brak tam i pań w 10-centymetrowych szpilkach, które chyba nie wiedziały, na co się porywają.

Więc szykujcie wygodne buty i... 500 rubli od osoby! O tak, to też się zmieniło. Gdybyśmy nie dowiedzieli się o cenie już na miejscu, to nie wiem, czy powstałby ten post :) Głupio było się wycofać, zresztą... raz się żyje. Dorosła osoba w weekend płaci 500, w ciągu tygodnia 400 rubli. Są zniżki, a właściwie wstęp bezpłatny, ale niejasno przedstawia się sytuacja, dla kogo. Na stronie ZOO wymienia się uczniów, rodziny z trójką, i więcej, dzieci, bez wzmianki o narodowości, natomiast na tablicach informacyjnych w miejscu zniżek jest informacja, że dotyczą one tylko obywateli FR. Prawdopodobnie więc tak jest, ale nie zaszkodzi przy kasie się dopytać.

Oprócz atrakcji przyrodniczych w ZOO oczywiście można też pojeść (a gdzie nie można w Rosji pojeść!). Za każdym zakrętem stoją budki z kukurydzą, hot dogami, kanapkami, gorącymi pączikami, którym nie mogłam się oprzeć, kawą, lodami itd. Zwiedziliśmy prawie wszystko, łącznie z wężami, żabami i pająkami. Ludzi były tłumy, co czasem przeszkadzało, niektórzy zachowywali się irytująco, drażnili zwierzęta, chrumkali, ciamkali, nie zwracając uwagi na to, że robią z siebie pajaców - klasyka w takich miejscach, dlatego tak wiele osób deklaruje się jako przeciwnicy ZOO.

Część zwierząt jeszcze nie jest dostępna, nie ma np. lwów, w ogóle dzikich kotów jest mało, mówią, że jest jeszcze za zimno, nie ma też słoni, więc jeśli planujecie wizytę w moskiewskim zooparku, to wybierajcie termin w środku lata, da Wam największą gwarancję, że obejrzycie wszystko.

Zdjęć zwierząt jest śladowa ilość, bo w sumie po co fotografować zwierzęta w ZOO, skoro w Internecie jest ich tyle, i to nie w zamknięciu, a na wolności :)

Strona internetowa moskiewskiego ZOO http://www.moscowzoo.ru/
 
Wejście


Socjalistyczny wielkolud tuż obok


Bilety
Wewnątrz






Mój małpi faworyt D-:


Pałuk nie umierł, prosta piereliniał... (czyli po prawej pająk, a po lewej jego stare ubranko)


Przyszedł kot do ZOO, wszyscy robili mu zdjęcia (i ja)


czwartek, 21 maja 2015

Marina Achmedowa. Musiałam umrzeć (recenzja)

Ataki terrorystyczne po 11 września 2001 roku stały się głównym źródłem strachu naszych czasów, szczególnie w dużych miastach, stolicach, w tym w Moskwie, to od wtedy wszyscy zaczęli bać się terrorystów, obawiać się o swoje bezpieczeństwo w miejscach publicznych, na masowych imprezach, w środkach transportu typu metro, samolot. Pamiętam, jak po wydarzeniach z 11 września (miałam wtedy 12 lat, nie miałam pojęcia, co to jest islam, dżihad czy terrorysta) prości ludzie nie mogli pojąć, jak to jest, że człowiek dokonuje zamachu, jednocześnie odbierając sobie życie, co to za bezsens, może te samoloty były sterowane, może tam nikt nie siedział, no bo jak to, leci pozabijać innych i sam z nimi ginie? To od wtedy ruszyła "kampania" uświadamiająca masy, co to jest terroryzm, jak działa i kto za tym stoi. "Uświadamiająca" oczywiście w uproszczonej formie, dostosowanej do scenariusza wygodnego dla jednej strony tego globalnego konfliktu, z pominięciem tego, skąd to się tak naprawdę wzięło, po prostu pewnego dnia pojawili się terroryści (jak Filip z konopii) i zaczęli uprawiać świętą wojnę, a my ich zwalczamy. Ot dobro i zło.

Ale nie będę się nad tym rozwodzić, bo tematem postu jest świeża jeszcze (majowa) książka rosyjskiej dziennikarki Mariny Achmedowej Musiałam umrzeć - historia Chadżidży, młodej dziewczyny z Dagestanu (terytorium Federacji Rosyjskiej), która została terrorystką.

Ci, którzy narzekają na rosyjską biurokrację, zdziwiliby się ogromem tego zjawiska w Dagestanie, gdzie praktycznie wszystko można kupić - od miejsca na studiach po miejsce pracy. Szczególnie widoczne jest to w stolicy, Machaczkale. Dagestan pod względem religijnym skupia głównie wyznawców islamu, do niedawna tego "przyjaznego". Po rozpadzie Związku Radzieckiego do Dagestanu zaczęła napływać moda na wahhabizm, czyli radykalną odmianę islamu, tą opartą na walce z niewiernymi, obietnicach raju dla tych, którzy oddadzą życie za Allaha, wierze w misję do wypełnienia, zesłaną przez samego Boga.

I tu przechodzimy do bohaterki opowieści. Chadżidża była do pewnego momentu normalną dziewczyną, choć od dzieciństwa bardzo wrażliwą, silnie przeżywającą skrajne emocje, czasem przejawiającą myśli samobójcze, ale raczej takie niewinne (a co by było, gdybym skoczyła...), marzącą o przeżyciu wielkiej, romantycznej miłości. Życie jej nie rozpieszczało, bo wychowywała się na wsi, w prymitywnych warunkach, dość wcześnie straciła oboje rodziców, ale później jakby szczęście się do niej uśmiechnęło i dostała szansę, jakich mało, na wybicie się z nizin społecznych, na edukację (za pieniądze), wkrótce też na bogate zamążpójście. Jednak Chadżidża miała inne plany na życie, bo jakimś cudem chłopak, w którym była zakochana od dzieciństwa, a nie byle jaki, bo syn generała, okropnie bogaty, zwrócił na nią uwagę i zaproponował małżeństwo. Jednak jakież rozczarowanie, nie będzie pięknej białej sukni, gości, śmiechów, uścisków rodziny, trzydniowego wesela ze stołami uginającymi się pod ciężarem napitków i jedzenia, będzie bez świadków i po cichu, bo jego rodzina wyrzekła się go za ożenek z biedaczką, a jej rodzina nie chce jej znać za hańbę, jaką ich okryła, uciekając przed wyswatanym jej kawalerem.

Opowiadać można tu dużo, historia jest dramatyczna. Ukochany zostaje zabity niedługo po ślubie podczas specoperacji, bo okazuje się, że obracał się w szemranym towarzystwie, choć o tym, że mógł być terrorystą, nie ma ani słowa. Dziewczyna taka jak Chadżidża nie poukłada już sobie życia na nowo, za to podatna na wpływy popada w grono sobie podobnych, skrzywdzonych, samotnych, szukających usprawiedliwienia wszystkiego, co ich spotyka, w Allahu. Stamtąd rozpoczyna drogę ku swojemu raju, gdzie spotka się z mężem i swoim zmarłym, jak je określa, dzieckiem, które cały czas nosi w swoim łonie, choć twierdzi, że umarło, kiedy cierpiała stratę męża.

Achmedowa zagłębia się w psychikę terrorystki-człowieka, pokazuje jej strach przed finalnym momentem, jest nawet chwila zawahania (a może wstąpię do raju za miesiąc, za rok, albo chociaż jutro, dlaczego akurat dziś?), ale jest już za późno, Chadżidża nie potrafi przeciwstawić się ludziom, którzy wręczyli jej "bilet do nieba". Koniec końców dziewczyna nie widzi w tym nic złego, nie widzi swojego czynu w kategoriach morderstwa, dla niej jest to po prostu środek do osiągnięcia szczęścia, nie chodzi o niewiernych, otaczających ją w metrze mieszkańców Moskwy, zabieganych tak, że nawet nie zwracają na nią uwagi, ale o nią samą. Bo Chadżidża święcie wierzy w to, co wpajano jej od dłuższego czasu, jedno kliknięcie i jesteś w raju, a pieśni o tobie rozbrzmiewać będą w każdym zakątku świata.

Tytuł - Musiałam umrzeć - jest nieco przewrotny, bohaterka jakby tłumaczy się nam po wszystkim, że nie miała wyjścia, wierzy, że tak było jej przeznaczone jeszcze zanim się urodziła. Jakby całe jej życie zmierzało właśnie do tego, jakby ktoś utkał jej historię zawczasu, jak dywan, który wiele razy pojawiał się w jej snach (i w snach autorki powieści, która zresztą podarowała swojej bohaterce część swoich osobistych przeżyć i elementów biograficznych). Po przeczytaniu książki wiem, że jej interpretacji będzie wiele, a każda inna. Ale chyba między innymi w tym tkwi sekret dobrej książki.

Książka z pewnością jest warta uwagi, oprócz głównego wątku sporo możemy dowiedzieć się o mentalności, religii, zwyczajach ludzi żyjących na kaukaskich wsiach, gdzie czas jakby zatrzymał się dawno dawno temu...



poniedziałek, 18 maja 2015

Kontrowersyjne ciastka z majonezem

Chciałabym podzielić się z Wami moim najnowszym kulinarnym odkryciem, ciastkami, których w piątek wieczorem napiekł mój Mąż, złapawszy kulinarnego bakcyla. Ciastkami ze wszystkimi się nie podzielę, ale przepisem na nie i krótkim objaśnieniem jak najbardziej ( i fotką), bo wzmianka o nich powoduje zazwyczaj zdziwienie. Nie, nie są to słone ciasteczka, które macza się w majonezie, nie są to też ciastka z nadzieniem majonezowym. Rosjanie lubią majonez, ale w tych ciastkach wogóle go nie czuć, choć jest go w nich aż 200 gram, za to wypiek zyskuje "to coś", co odróżnia go od innych ciastek. W Polsce też się używa majonezu do słodkich wypieków, była kiedyś nawet taka reklama o babie wielkanocnej, że najlepsza jest taka z majonezem, ale raczej popularne to nie jest. A tu jest odwrotnie. Za to oni nie słyszeli o ciastkach na smalcu (tych maszynkowych).
Zatem do rzeczy, przepis na bardzo dobre, proste i szybkie ciastka z majonezem.

Składniki na dużą porcję (około 30-40 ciastek)

majonez - 200 g
masło albo margaryna - 200 g
cukier - 200 g
mąka - 3 szklanki
jajko - 1 sztuka
soda - pół łyżeczki
sok z cytryny - pół łyżeczki
cukier waniliowy - 2-3 łyżeczki


Majonez, cukier i jajko wymieszać na jednolitą masę. Dodać cukier waniliowy i sodę polaną sokiem z cytryny. Wsypywać po szklance przesianą mąkę, jednocześnie mieszając. Dodać pokrojone w kawałki masło i rękami wyrobić ciasto. Będzie się lepić do rąk, ale takie musi być. Można podsypać trochę mąki, ale nie za dużo, bo będzie twarde, tak maks. pół szklanki, tak żeby było możliwe formowanie z tego ciasta zgrabnych kulek. Formować kuleczki i układać na blasze w sporych odstępach, po czym rozcisnąć je widelcem dla uzyskania takiego kształtu, jak powyżej :-) Piec w wysokiej temperaturze ok. 20 min, w przepisie jest 250 stopni, ale lepiej zaglądać i obserwować, żeby nie spalić. Idealne powinny być złote, ewentualnie jasnobrązowe, a już w żadnym wypadku nie czarne od dołu. Nawet jeśli góra jest biała, kończcie pieczenie, kiedy dół zaczyna się przypalać. Po wystudzeniu można udekorować, ale bez posypek też są dobre ;-) I mogą postać, nie tracą smaku, nie czerstwieją. Owocnych efektów!

wtorek, 12 maja 2015

Filozofia daczingu w skrócie, czyli majskie prazdniki na daczy

11 dni naszych majskich prazdników na daczy dobiegło końca. Wróciliśmy do domu. Trochę już się chciało, a trochę nie, coraz lepiej rozumiem fenomen wyjeżdżania na daczę, specyfikę upływającego tam czasu i uczuć związanych z powrotem do miasta. Dacza to odskocznia od codzienności, która samą codziennością stać się jednak nie może, bo mimo tego, że zrzucając przysłowiowy plecak, czujemy się, jakbyśmy właśnie wkroczyli do raju, raczej nikt nie chciałby zostać w tym raju na stałe. Myślę, że rozumiecie, o co chodzi, dacza jest po to, żeby być odskocznią, bo gdyby była domem, to już nie byłaby daczą... I by tak nie cieszyła.

W ciągu tych dni szczególne postępy dokonały się w mojej znajomości miejscowej kuchni, bo dzięki żeńskiej części mojej rosyjskiej rodziny codziennie w menu było coś rosyjskiego. Ba, nawet ja sama byłam prawą ręką szefowej kuchni przy robieniu watruszek i rosyjskich pierożków, podczas gdy reszta w pocie czoła sadziła kartoszki. Do katalogu wypróbowanych rosyjskich zup dołączyły szi i rassolnik, obie delikatne w smaku, z mięsem. Były domowe pielmieni i król majówki - szaszłyk na szampurach. 

Szaszłyk na szampurach - tak to robią na wschodzie (zdj. Internet)


Nasze domowe watruszki, a w tle rosyjskie pierożki, też domowe


Na specjalne zamówienie mojego Męża babuszka narobiła swoich sławetnych czebureków - danie kuchni tatarskiej, bardzo popularne w Rosji, można je dostać w prawie każdej budce z pierożkami (w Polsce klasyką są budki z drożdżówkami, pączkami, a w Rosji budki z pierożkami - wypiekanymi w piecu lub smażonymi na oleju, z różnym nadzieniem: kawałki mięsa z serem, mięso mielone, smażona kapusta z jajkiem, kiełbaska z puree ziemniaczanym, bryndza; pierożki mają różne orientalne nazwy w zależności od tego, skąd pochodzą: np. manta, samsa, wspomniany czeburek. Zapach z tych budek idzie obłędny, ciężko się oprzeć!).

Czebureki (zdj. Internet)


Na daczy czas płynie inaczej. Wstajesz rano, robisz kawę, śniadanie, siadasz przed domem i zajadasz... Jeśli nie ma żadnych planów, to ranek ciągnie się przez 2 godziny. Są obowiązki, ale jakoś tak inaczej się do nich zabierasz, bez przymusu, samemu chce się robić... a potem znowu odpoczywasz. A powietrze jakie czyste, a widoki jakie piękne, a w bani jak dobrze, noce jakie ciemne i ciche, jeśli nie liczyć majowych żuków, które jak szalone rozbijały się o szyby i leciały dalej. Tak... dacza to coś, co się kocha, na co się czeka, zupełnie inne wakacje niż zagraniczna wycieczka, inna filozofia życia. Rosjanie to wiedzą.

I mój polski kot to wie. Choć przez pierwsze dni nie ośmielił się, żeby wyjść na dwór i zachwycać się rosyjską przyrodą. Bałam się, że jak już wyjdzie, to nie wróci, raz nawet przepadł na kilka godzin i zaszył się na sąsiedniej, bezludnej daczy i przez kolejne dni przepadał tam dosyć często, królując tam jako jedyny osadnik. Posiedział na "swojej" daczy i wracał do nas, bo przecież u nas weselej. Zaliczył też pierwszego w swoim życiu kleszcza, aleśmy się natrudzili, żeby go usunąć! (Bo mój kot jest z tych, co kiedy coś zwęszą, to nie dadzą się dotknąć, tylko krzyk, płacz i rany cięte) Na długo zapamięta te piękne majowe dni.


Z Moskwy do Polski przez Kaliningrad

Różne były moje i nasze wspólne drogi z Moskwy do Polski. Pierwsze szlaki przecieraliśmy przez Gdańsk, czyli Moskwa-Warszawa-Gdańsk (samolot...