piątek, 18 lipca 2014

Tuż po lądowaniu...



 Czy pierwszy raz pamięta się do końca życia? W tym przypadku tak :-) 

Część I


Zacznę od relacji z mojej pierwszej wizyty w Moskwie, gdyż było to spotkanie niezapomniane. Tak się złożyło, że mój pierwszy raz w Moskwie był zarówno pierwszą poważną wizytą w Rosji (nie liczę podróży wodolotem z Fromborka do Kaliningradu kiedyś w dzieciństwie, bo z tego co pamiętam, bynajmniej nie była to wycieczka krajoznawcza…), jak i pierwszą podróżą samolotem w ogóle, co składa się na prawdziwie nieziemskie wspomnienia. Kiedy pilot zakomunikował, że znajdujemy się na terytorium Rosji, z ciekawością patrzyłam na tą makietkę rosyjskiej ziemi z okna samolotu, porównując ją z polską. Trochę denerwowałam się, co jak już dolecę i wysiądę, bo nie znam języka, jak przejdę przez te wszystkie kontrole, którymi mnie straszono przed wyjazdem, zanim dotrę do osoby, która na mnie czeka. Jeszcze raz okazało się, że strach ma wielkie oczy. Miła (!) pani mundurowa w okienku poprosiła mnie o wypełnienie karty migracyjnej i ponowne zgłoszenie się do niej, przy tych kartach było trochę zamieszania, bo mnóstwo ludzi, niektórzy pierwszy raz, do tego brak długopisów (co z początku budzi frustrację, ale jak się nad tym zastanowić, to w Polsce byłoby dokładnie tak samo, nawet na poczcie ciężko o długopis, a co dopiero w takim ruchliwym miejscu), po chwili skończyły się też druczki. I na tym koniec kłopotów. Później rzut oka na paszport, wizę, kartę migracyjną, bez czepiania się, wypytywania, sprawdzania – co mnie wielce zdziwiło. Tak naprawdę nie było się czego bać, poziom trudności i stresu podobny jak przy wysyłaniu listu poleconego na poczcie.

Pierwsze chwile po wyjściu z bramki to oczywiście radość ze spotkania z bliską mi osobą zmieszana z „dochodzeniem do siebie” i zdziwieniem, że wszystko poszło tak łatwo. Następnie zaczęła się obserwacja wszystkiego i wszystkich: wygląd lotniska, ludzie, sklepy, napisy, środki transportu. Pierwszym, co mnie zdziwiło, byli taksówkarze zaczepiający idących z lotniska, oferujący swoje usługi, zarzekający się, że będzie taniej niż pociągiem. Istna walka o klienta! Ekspres z lotniska do Moskwy drogi (400 rubli od osoby, czyli ok. 40 zł), ale komfort podróży dobry, jeśli nie liczyć gasnących co chwila świateł, co mogło mieć związek z szalejącą burzą, którą, zdaje się, przywiozłam ze sobą.

Później było metro, również wcześniej mi nie znane. Ciężko porównać mi je z polskim, bo tak się składa, że zawsze mieszkałam w miastach bez metra. Jeśli chodzi o bilet, to podróżowałam na „abonamencie” osoby, która się mną na miejscu „opiekowała”. Abonament taki polega na zakupie karty, na której jest pewna ilość wejść do metra, każde odbijanie karty to minus jedno wejście. Koszt takiej karty to 1300 rubli (60 wejść, ok. 130 złotych). Moje wrażenia odnośnie tego środka komunikacji: stare, ale jare, dużo ludzi, ogromna ilość imigrantów (tam pierwszy raz spostrzegłam ich przewagę ilościową nad Rosjanami), męczący dla uszu (szum, do którego po paru razach można się przyzwyczaić), no i ten głos przypominający z głośnika, żeby ustąpić miejsca starszym, kobietom w ciąży, inwalidom, żeby nie zapomnieć zabrać swoich rzeczy. Takie to miłe, w polskich środkach transportu się z tym nie spotkałam, jeśli wynika to z braku mojej znajomości np. warszawskiego metra, to przepraszam :-)

Kolejny odcinek mojej podróży do celu przebiegał w przesympatycznym prywatnym busiku, zwanym marszrutką, który zdobył moje serce. Dlaczego? Bo wcześniej nie miałam z takim do czynienia, w Polsce podróżowałam jedynie miejskimi środkami komunikacji, ewentualnie prywatnymi liniami autobusowymi dalekobieżnymi. Takie prywatne małe busiki to jeden z pomysłów na biznes imigrantów (niestety nie wiem, jakiej narodowości) w Moskwie, którzy, co niektórzy, nawet nie mówią po rosyjsku, bo w sumie co tu dużo mówić. Stojący przy busie „naganiacz” (takie słowo przychodzi mi do głowy na określenie funkcji, jaką wykonuje ten pracownik) wykrzykuje przystanki znajdujące się na trasie busa, zachęca ludzi do wsiadania („ostatnie miejsca!”, „za minutę odjeżdżamy!”) – strasznie mi się to spodobało, ciężko mi to wyjaśnić, ale ma się wrażenie, jakby uczestniczyło się w czymś dynamicznym, jakiejś akcji, a do tego jeszcze to uczucie szczęśliwca, który załapał się na ostatnie wolne miejsca, bo już odjeżdżamy i to w dodatku za niewielką kwotę 3,50 rubla od osoby (porównywalnie do opłat w polskich środkach komunikacji miejskiej). Kolejna ciekawa rzecz to prośby o przystanek („zatrzyma się pan pod bankiem”, „proszę zrobić przystanek pod sklepem”), dlaczego ciekawa – spytałam mojego „przewodnika”, czy gdyby nie poprosić kierowcy o przystanek, to by się nie zatrzymał, na co odpowiedział on, że zatrzymałby się i tak, no ale już jakoś tak się utarło… Jakoś tak bardziej ludzko, przyjemniej, niż wsiąść do autobusu, skasować bilet i jechać w milczeniu aż do celu – chyba dlatego tak mnie to ujęło.

Uff… taki długi post, a to dopiero początek mojej relacji. Ze względu jednak na to, że raczej nie lubimy czytać takich długaśnych tekstów, pozwolę sobie podzielić go na kilka części. Następna z nich będzie dalszym ciągiem moich wrażeń z pierwszego spotkania z Rosją, nadal o sprawach przyziemnych: jedzeniu, wyposażeniu mieszkań, wyglądzie osiedli, budynków mieszkalnych, sklepach, telewizji…    

5 komentarzy:

  1. Mam takie pytanko :) Jak z językiem? Słyszałem, że Rosjanie są dość nacjonalistyczni i czasem nieznajomość rosyjskiego może nam zaszkodzić. Czy jadąc do np. Moskwy ze znajomością angielskiego dałbym radę? Zakładając, że nie będę się włóczył po nocy po pubach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kwestia na kogo się trafi, próbuj po angielsku, a jeśli nie, to po polsku, w końcu to podobne języki :D Ja sama nie znam jeszcze rosyjskiego na tyle, żeby swobodnie rozmawiać, więc jeśli dochodzi do konfrontacji, to po prostu mówię, że "nie gawarju pa russki". Z moich obserwacji Rosjanie są bardzo komunikatywni i zawsze da się radę z nimi dogadać, jeśli nie po rusku, nie po polsku i nie po angielsku, to na migi :-) Na nacjonalistów nie trafiłam. A z kontrolą paszportową dogadałam się po angielsku. W Moskwie ogromna ilość ludzi nie zna rosyjskiego albo słabo, a przyjeżdżają np. pracować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry, stosuje Pani jakiś dziwny przelicznik z rubli na złotówki. Biorąc kurs średni z 20.07. 2015 to 400rubli jest warte ok. 26 PLN a nie nie 40, jak Pani napisała. Całkiem spora różnica i już kwota nie wydaje się taka groźna;). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam i dziękuję za odwiedziny :) post jest ubiegłoroczny, kurs był inny, dziękuję za uwagę, powinnam dla uściślenia dodawać info wg kursu z dnia. Na przyszłość będę o tym pamiętać. Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Też byłem w tym roku pierwszy raz w Rosji, też stała mi się bliska i tez zaczałem od lądowania w Moskwie. Miło się czyta, wrażenia mam bardzo podobne :)

    OdpowiedzUsuń