czwartek, 1 października 2015

Z podmoskowia do Moskwy... cz. II

... Czyli ciąg dalszy porównania życia w podmoskiewskich Lubiercach i dzielnicy Moskwy Lublino.
Dla tych, którzy nie w temacie - klik.

Pisałam już o ciszy i czystości, o sąsiedzkim wszystkowidzącym oku i wszystkosłyszącym uchu oraz skutkach ich braku, o tym, co słychać za oknem w podmoskowiu, a co w stolicy, nie zabrakło też historii o arbuzowej masakrze przed blokiem. Dzisiaj czas na kolejną ważną kategorię życia codziennego.

BEZPIECZEŃSTWO

Może to kwestia przyzwyczajenia, ale w Lubiercach czułam się bezpieczniej. Paradoksalnie, to tam w ciągu dnia było więcej ludzi, takich, co chodzą na zakupy, do autobusu, banku. Było więcej starszych osób, na ławkach przed blokami siedziały babuszki, cały teren był odkryty, wszystko było na widoku, żadnych krzaków, pijacy oczywiście byli, ale jacyś tacy spokojniejsi, mniej świadomi otaczającej ich rzeczywistości, a przede wszystkim ani trochę nie zainteresowani jakimiś nowymi znajomościami, np. ze mną. W lubiereckiej dzielnicy kiedy wychodziło się na zewnątrz, było się widocznym z okien sąsiadów z kilku bloków, nie raz miałam wrażenie, że jestem obserwowana, ale te okna i patrzące z nich oczy sprawiają, że człowiek czuje się bezpieczniej, bo jak tylko zacznie się coś dziać, to zakładam, że sąsiedzi rzucą się na pomoc. Pisałam już o sąsiadach z mojego bloku w Lubiercach i dodam tylko, że nie wyobrażam sobie, iż przeoczyliby próbę włamania, skoro gdy tylko zauważyli, że Mąż, nowa twarz, niesie jakieś torby do mieszkania, zaczęli wypytywać: a kto, a co, a gdzie i z kim. A więc obecność wścibskich sąsiadów wpływa dodatnio na poczucie bezpieczeństwa, choć ujemnie na komfort mieszkania i swobodę. Podsumowując - co do bezpieczeństwa w Lubiercach nie miałam żadnych zastrzeżeń.

A w Moskwie... Strachu najadłam się już zanim się tu przeprowadziliśmy, bo do naszego mieszkania w poprzednich latach kilka razy się włamywano. Poprzedni lokatorzy założyli więc mocniejsze drzwi z blokującym się zamkiem, jeśli przekręcisz klucz nie w tę stronę, co trzeba, oraz kraty na okna i alarm. Ten zestaw małego i dużego moskwicza powinien dać poczucie bezpieczeństwa, ale jakoś nie do końca daje, bo za każdym razem, kiedy wychodzę/wchodzę do domu, staram się jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi, pamiętając przy tym o poprawnej stronie kręcenia kluczem, bo jak się zatrzaśnie, to może uda mi się go odblokować, a może nie. A dlaczego staram się jak najszybciej? Bo wyobraźnia podsuwa mi taki obraz, że ktoś się za mną czai, walnie mnie w łeb i wejdzie do mieszkania w celach rabunkowych... :-) O usilnych staraniach opryszków, by wejść do środka, przypomina mi za każdym razem jednoznaczne wygięcie przy krawędzi drzwi, jakby ktoś nadludzką siłą starał się łomem odgiąć metalową barierę do raju, w którym tak na prawdę nic szczególnego nie było i nie ma... Wiem też, że próbowali raz wejść przez balkon, więc czasami, idąc w nocy do toalety na przykład, a i zdarza się, że w ciągu dnia, sprawdzam, czy przypadkiem nie mam jakichś gości w kominiarkach na balkonie. Paranoja? Nie, jakoś udaje mi się normalnie z tym żyć, co ja zrobię, że historie o wielokrotnych włamaniach do mojego mieszkania wywołały w mojej głowie takie obrazy? A im dłużej tu mieszkam, tym rzadziej o tym myślę, może kiedyś w ogóle zapomnę, kto wie.

A oprócz włamywaczy. W ogóle kręci się tu dużo podejrzanych typków, mamy przed domem mały park-plac zabaw, wręcz idealne miejsce na picie trunków samemu lub w kompanii. Moskiewscy pijaczkowie są dużo bardziej komunikatywni i chętni do nowych znajomości niż lubiereccy, patrzą na ciebie tak natrętnie, jakby chcieli ci zajrzeć w duszę, a przynajmniej przywitać się jak z najlepszym przyjacielem. Szczególnie nieprzyjemna jest droga na śmietnik: drzewa, krzaki, mnóstwo ławek (mało kiedy pustych) i całkowity brak okien (tutaj okna przysłonięte są drzewami). W ciągu dnia nie czuje się zagrożenia, choć ludzi jest i tak mniej niż w Lubiercach, na ławkach często siedzą babuszki i matki z dziećmi bawiącymi się na placu zabaw, ale wieczorem robi się niefajnie. Często sobie myślę, że Anna Wojtacha, autorka "Opowieści z Rosji", miałaby tutaj pole do popisu, bohaterów reportaży do wyboru, do koloru, których nie trzeba szukać, wystarczy się dosiąść, ale ja to jednak wolę z daleka, czmychnąć szybciutko, by za chwilę znaleźć się w bezpieczniejszej strefie :-)

Parki i place zabaw, których w Moskwie jest więcej niż w podmoskowiu, a które dniem są wspaniałym miejscem odpoczynku, spacerów, wieczorami robią się niebezpieczne. Tam, gdzie za dnia czerpiemy przyjemność z obcowania z przyrodą, po zmroku oglądamy się nerwowo za siebie, przyspieszając kroku. Policja patroluje teren, ale częściej widywałam ją w Lubiercach i bardziej aktywną, kilka razy widziałam, jak wychodzili z samochodu, kogoś spisywali, a tutaj jeszcze ani razu, ot, przemykają tylko to tu, to tam, wypatrując może jakichś grubszych skandali.

Parę słów o sąsiadach w naszej moskiewskiej dzielnicy. Otóż do niedawna wydawało mi się, że sąsiedzi tutaj mają wszystko gdzieś, nikt nikogo nie zna, ktoś notorycznie sika na klatce, zostawia wory ze śmieciami, które cuchną, nikt nie prowadzi w tej sprawie dochodzenia i tak życie leci. A tu niedawno taka sytuacja, Mąż akurat wychodził do pracy i trafił na sąsiadki z drzwi naprzeciwko, dwie starsze panie, które od razu po "zdrastwujcie" przeszły do wypytywania: a kto wy? a z kim? z żoną? a z dziećmi? a żona jak ma na imię? Iwona? jak? ojej, jak ładnie! Iwona! to nie ruskie imię! Swoje imię słyszałam jeszcze z oddali z 5 razy, tak bardzo chciały je zapamiętać. Jest nadzieja! Może choć babuszka z naprzeciwka zainteresuje się, jeśli jakiś gagatek będzie znowu nam majstrował przy drzwiach!

Tak więc Moskwa pod każdym względem jest dla mnie mniej bezpieczna niż podmoskowie, choć i tu, i tam podwójne drzwi, z czego jedne żelazne, potężne, niezniszczalne, są obowiązkowym elementem każdego mieszkania. Powoli przyzwyczajam się do nowych warunków i idzie mi całkiem sprawnie, na szczęście nie muszę często sama chodzić wieczorami po dzielnicy, a w domu ochrania nas wspomniany zestaw małego i dużego moskwicza: alarm+blokujący się zamek+podwójne drzwi+kraty... I kto nam podskoczy?



3 komentarze:

  1. A masz jeszcze tego swojego kota? Też może zadziałać ochronnie i antywłamaniowo :)))
    Przypomniało mi się, jak za komuny ludzie, którzy jeździli do Związku Radzieckiego w celach handlowych pociągami przyjaźni, opowiadali, jak to w Moskwie na ławkach siedzą emerytki i jak coś im się nie podoba, głośno gwiżdzą na milicjanta. A gwizdki do tych celów owe emerytki miały zawieszone na sznurku na szyi. Ech, czasy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że mam :) Przez lato nałapał trochę kleszczy na daczy, ale żyje i ma się dobrze. Czy zadziała antywłamaniowo to nie jestem pewna, bo jak ktoś przychodzi do domu, to jest bardzo przyjazny, lubi ludzi, Rosjan szczególnie :))) Emerytki siedzą dalej, ale gwizdków na szyi nie zauważyłam, a i milicjanci już nie piechotą chodzą, a furą jeżdżą - nie usłyszeliby :(

      Usuń
    2. Może nie ma emerytek z gwizdkami ale są za to czujni sąsiedzi :) W ich jak się okazuje jedyna nadzieja. Niby wielkie bloki, wielka Moskwa a ludzie nadal interesują się tym kto im się na klatce kręci, nie to co u nas :P

      Usuń

Z Moskwy do Polski przez Kaliningrad

Różne były moje i nasze wspólne drogi z Moskwy do Polski. Pierwsze szlaki przecieraliśmy przez Gdańsk, czyli Moskwa-Warszawa-Gdańsk (samolot...