środa, 28 października 2015

Z podmoskowia do Moskwy... cz. III

Poprzednie części porównania życia w Moskwie i podmoskowiu: część I  część II
A dziś pod lupą Polki w Rosji moskiewskie Lublino i zamoskiewskie Lubierce jako miejsca do robienia zakupów, załatwiania spraw i spędzania wolnego czasu.

INFRASTRUKTURA, WYPOCZYNEK

Podmoskiewskie miasta urządzone są w taki sposób, że gdziekolwiek mieszkamy, wszystko mamy w zasięgu ręki, czyli blisko do lekarza, do banku, na rynek, kilka supermarketów do wyboru. Lubierce na przykład nie są takie małe (prawie 190 tys. ludności i z roku na rok coraz więcej, powierzchnia 43 km2), a zewsząd jest parę kroków do celu. Szczególnie dużo jest warzywniaków i sklepów mięsnych, bez nich Rosjanie nie mogą się obyć, a ja bardzo szybko się do nich przyzwyczaiłam, chętnie chodziłam, były przecież parę kroków od domu, a warzywa i owoce z rynku są i tańsze, i zdrowsze, i smaczniejsze od tych marketowych, tak samo jak mięso i wędliny - świeższe i tańsze, jeśli nie pakowane. Zazwyczaj też w takich miejscach nawiązuje się więź ze sprzedawczynią, jeśli trafi się na miłą osobę, moja pani z warzywniaka była super, facet z innego warzywniaka też dał się lubić (do mnie i Męża zawsze zwracał się per "rebiata"), no i kurczę ta niezapomniana budka ze świeżo wypiekanymi wschodnimi pierożkami i szoarmą... i miły, młody sprzedawca, nazywany przeze mnie Panem Pierożkiem, zawsze na posterunku, od rana do ciemnej nocy, zawsze uśmiechnięty, w białym fartuszku i kucharskiej czapeczce, które znakomicie podkreślały jego ciemną cerę, czarne oczy i włosy, a pierożki zawsze pyszne... Pan Pierożek na oko może miał osiemnastkę, a może nie. W Moskwie pod domem mamy takie miejsce, ale to nie to samo, jadłam kiedyś szoarmę od nich, była chłodna, mała i droga... I nie pachnie stamtąd świeżo smażonymi pierożkami. A sprzedawcy nie kojarzę w ogóle. Lubiereckiego pierożka zamieniliśmy na sushi bar tuż obok nas, mają tam bardzo smaczne rolle - tego w Lubiercach nie było.

W Lubiercach co parę kilometrów (w zasadzie może nawet co dwa) spotyka się kompleksy usługowe, taki niezbędnik życia codziennego - sklep, bank, poczta, przychodnia, rynek, więc ludzie z różnych dzielnic mają gdzieś niedaleko swój. Dochodzą do tego centra handlowe, w naszym zasięgu były dwa, bliższe i dalsze. Klub fitness, jakiś basen, siłownia - to w Rosji zawsze gdzieś niedaleko się znajdzie. Przedszkola i szkoły też, wszechobecne place zabaw, wieczorem (a gdzieniegdzie i w dzień) przekształcające się w place popijaw. Słowem - w Lubiercach wszystko było na wyciągnięcie ręki, potrzeby dnia codziennego zaspokojone. Czy na pewno? Jest jednak coś, czego mi brakowało, bez czego jedni mogą się obejść, ale inni, mówiąc po rusku, "schodzą z uma". To coś to przestrzeń bez samochodów, bez chodników, bez ludzi spieszących do domu z zakupami lub do sklepu po zakupy, miejsce, gdzie można odetchnąć przez chwilę od spraw przyziemnych, sprawunków, co jeszcze muszę dziś zrobić, co kupić, co ugotować itd. W Lubiercach nie znalazłam takiego miejsca, a spacery przez osiedla i te kompleksy usługowe, chodnikami, przejściami dla pieszych, nie spełniały swojej funkcji, bo jak można się wyluzować, kiedy wszędzie mija się ludzi załatwiających sprawy, nie mówiąc już o wdychaniu spalin. Lubiereckie spacery nabierały magii dopiero późną nocą, kiedy wszystko już spało (oprócz Pana Pierożka, on zwijał się bardzo późno). Prawdę mówiąc, spało to nieodpowiednie słowo, mam wrażenie, że tak jak Moskwa, tak i podmoskowie nigdy nie śpi, ale w nocy jest znacznie spokojniej, mniej ludzi i maszyn, jak się dobrze wsłuchasz, to usłyszysz noc.

Jedną z tych rzeczy, która bardzo mnie cieszyła na myśl o przeprowadzce do Moskwy, był park, który jest na granicy Tekstilszczików i Lublino. Nie dość że miejsca do chodzenia ogrom, to jeszcze staw pośrodku! Zamiast opisywać, pokażę, dodam tylko, że uwielbiam tam chodzić, a to uczucie, kiedy przebiwszy się już przez te chodniki, ruchliwe ulice, mijając ludzi załatwiających moskiewskie sprawy (mam do pokonania coś koło kilometra), wchodzę do parku (przez bramę) - bezcenne! Latem zielono, ptaszki śpiewają, jesienią kolorowo od opadłych liści, nigdy pusto, ale to nie przeszkadza, w końcu wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu - żeby się zrelaksować. Miałam dodać jedno krótkie zdanie...

Te kaczki wolą chlebek niż kuskus i płatki kukurydziane... Gołębiom wsio rawno


Koniec września


Taki tam staw, a wiecie, jakiego suma raz wyłowili z niego, kiedy przechodziliśmy obok? Cytując jednego z gapiów: "Ooooo!! Wot eta kaban!!"


Krajobraz przed burzą, koniec lata


Grillowanie zabronione, ale kto tam się tym przejmuje? Dla szaszłyka warto zaryzykować. Lato 2015



Przeprowadzka do Moskwy dała mi więc możliwość, paradoksalnie trochę, obcowania z przyrodą. Bliżej domu mamy jeszcze mniejszy park, z placem zabaw i siłownią na świeżym powietrzu, podczas letnich, nocnych spacerów zachodzimy tam trochę poćwiczyć, akurat nikogo nie ma, rzadko się zdarza, że ktoś o tej porze tam przychodzi. Zdumiewające jest to, że nasilenie pijaków nie jest tam duże, większość ławek jest pusta, i tak się zastanawiam, co im tam nie pasuje - czy za nowocześnie, czy za daleko do sklepu. Mogę snuć przypuszczenia, że wolą siedzieć u nas pod blokiem na placu zabaw i w stronę śmietnika, bo taka tradycja, w końcu jak jakieś miejsce od pokoleń uchodzi za najlepszą miejscówkę do picia, to sentymentalni Rosjanie nie przesiądą się na nowo wybudowany park - bo po co? Tu pod domem może ciasno, ale w kupie raźniej. Cieplej, weselej i blisko do domu.

Coś zyskałam, coś straciłam z tą przeprowadzką. Nie mam już superwarzywniaka pod domem, jest jakiś po drugiej stronie ulicy, ale jakoś do mnie nie przemawiają ani ceny, ani asortyment. Wypasiony rynek jest przy metrze Tekstilszcziki - warzywa, owoce świeże i suszone, przetwory, przyprawy, sery, wędliny, mięso, wszystko - ale daleko od domu. Jakieś 3 km wdychania spalin z głównej ulicy Lublinskaya. Ewentualnie marszrutka. Jak trzeba, to się wybieramy, nie tak często jednak jak w Lubiercach, gdzie wszystko pod nosem i pani taka miła. 5 min marszrutką w przeciwną stronę - i mamy Auchan, sklep, w którym dostaniesz wszystko, a wśród Rosjan uchodzi za najlepsze miejsce do zrobienia świątecznych zakupów lub po prostu takich porządnych. Mówią, że w Auchanie wychodzi taniej, no cóż, nie potwierdzam, bo nam zawsze wychodzi drożej niż w rosyjskim Dixy przy domu. Chyba po prostu w takim hipermarkecie więcej się wydaje, bo wybór towarów jest większy. Tak czy siak, nam taniej nie wychodzi. W razie potrzeby wiemy jednak, gdzie się kierować. Na pieszo mamy wybór: Dixy, Pietioreczka, Billa, 3 różne supermarkety, w żadnym z nich nie ma papieru do pieczenia, mały wybór kocich karm i deficyt różnych innych towarów, bez których się nie obejdę. Oczywiście to kwestia lokalizacji, bo w innych Pietiorkach papier do pieczenia jest. 

Pewne usługi się do nas w Moskwie przybliżyły, prawie weszły nam do domu, bo dosłownie na dole, w tym samym budynku, mamy sklep spożywczy pierwszej potrzeby, taki z panią za ladą, fryzjera (szalony stylista Azjata z cudną fryzurą, na pierwszy rzut oka nie na kieszeń zwykłego człowieka, a tu bam, 400 rubli za męskie strzyżenie! - uwierzcie mi, ceny dochodzą do nawet kilku tysięcy, a 800 to taka norma, jak mi kiedyś powiedziano), sklep zoologiczny i aptekę całodobową (druga taka jest przez ulicę). Otwierają też obok nowy oddział Sberbanku, hurra!

W Moskwie zyskaliśmy więcej czasu, bo dojazd do metra zajmuje 10 minut marszrutką, jeśli zdarzają się korki, to minimalne, w Lubiercach te dojazdy zajmowały o wiele więcej, bo było i dalej, i korki duże. Wyprawa z Lubierc do Moskwy i spowrotem męczyła, najpierw zawiła trasa marszrutką/autobusem, drogi jakieś dziurawe, bo rzucało, spowrotem przyjeżdżało się w inne miejsce, bo tak było szybciej, ale przez to gubiłam orientację. Teraz odległości się poskracały i chwała Bogu, wydłużyły nam się wspólne wieczory, troszkę dłużej śpimy, a wyprawa do centrum to bułka z masłem, wsiadasz i jedziesz, nie masz wrażenia, że żeby pospacerować po Kremlu, musisz mieć cały wolny dzień. Pół godzinki drogi do centrum to niewiele. Nareszcie Moskwa zaczęła się troszkę kurczyć w moich oczach! Kolejny plusik życia w stolicy - im dłużej tu żyjesz, tym mniej straszna się wydaje. Dawne obawy, że możesz tu łatwo się zgubić, zaczynają brzmieć jak żart, kiedy tylko przemożesz się do metra - bo gdzie metro, tam już prawie dom. Oj, ile czasu i nerwów bym zaoszczędziła, gdyby takie metro wybudowali dawno temu w Poznaniu...

Podsumowanie kwestii infrastruktury i wypoczynku przemawia na korzyść Moskwy, bo ja za ten park ze stawem oddałabym wiele... Za darmową letnią siłownię pod domem. I za te skrócone odległości, za możliwość szybszego oswojenia wielkiej Moskwy. A na pierożki zawsze można pojechać do Lubierc!

8 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe spostrzeżenia...dużo przydatnych informacji...ładna polszczyzna , słowem świetna z Pani reportażystka...dziękuję ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Marzy mi się odwiedzenie Moskwy, więc z zainteresowaniem czytałam wszystkie informacje. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnóstwo interesujących informacji. O wielu rzeczach nie miałam pojęcia...:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Park ze stawem bezcenncy, a nuż pewnego dnia uda Ci się wyłowić kabana nad kabany :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Moskiewski park robi wrażenie. Staw - raczej jezioro - dzrewa. To prawie las. Pół godziny do centrum, marszrutka do metra ..... znam to z autopsji. Tylko pierogów u mnie brak. Nawet ,,nie takich'' pachnących od Pana Pierożka. Po takie muszę jeździć do Centrum. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo interesująco opisałaś życie w moskiewskim osiedlu. Dzięki!
    Taka refleksja mi się nasuwa: w Rosji wciąż mają dobrych architektów/projektantów. My mieliśmy tak samo, na wzór radziecki projektowane osiedla w latach 60. i 70., zwłaszcza te z domami budowanymi z gotowych elementów (z tzw fabryki domów). To wszystko był pomysł radziecki: zarówno domy, jak i cała infrakstruktura i plan osiedla. Takie fabryki domów (kupione od ZSRR) były rozrzucone po Polsce. Mieszkalam 20 lat na osiedlu zbudowanym z bloków w systemie szczecińskim (to też było made in ZSRR) i tamto osiedle było właśnie tak zaprojektowane jak piszesz: domy mieszkalne i centrum, które mieściło pocztę, dom kultury, aptekę, bibliotekę, pralnię chemiczną, fryzjera, duży sklep spożywczy i coś tam jeszcze. Do tego piękny ryneczek. Opisuję osiedle Bartodzieje w Bydgoszczy :))) Wtedy, owszem, oddawano osiedla czasem w takim stanie jak w serialu Alternatywy 4, to jest nie nie było chodników i buty tonęły w błocie, ale potem żyć nie umierać na takim osiedlu. Wszystko na miejscu. Szkoda, że dzisiaj deweloperzy nie mają takich obowiązków by budować bloki mieszkalne z całą infrastrukturą. Jak widać, były rzeczy dobre w PRLu, i to rzeczy rodem z ZSRR.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja znów o jedzeniu, bo przypomniałaś mi te budki i sklepiki z pierożkami. Jak ja za tym tęsknię. I te wszystkie małe sklepiki z miłymi starszymi paniami, świeżym jedzeniem...Chociaż z drugiej strony właśnie dojazdy z podmoskowia to horror, no i brak ciekawych miejsc do spacerowania. To już chyba mimo wszystko wolałabym centrum Moskwy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ach... Zazdrość, to przykre uczucie, ale... taki mnie opanowuje stan przy lekturze Pani tekstów. Wspaniała jesteś, Rodaczko !

    OdpowiedzUsuń